|
po kliknięciu
myszką na zdjęciu uruchomi się strona z biogramem (jeżeli
został dostarczony)
|
WROCŁAW

Krzysztof
Witczak

Witold
Szczeblewski

Jan
Krusiński
POZNAŃ

Roman
Chojnacki

Edward
Kluczyński

Marcin
Kęszycki

Józef
Stegient

Ślęzak
Tadeusz
|
|
24
listopada zmarł tragicznie nasz kolega
Jan
Krusiński
ps. „Stańczyk”
Sercem
i duszą oddany Solidarności Walczącej, wieloletni szef Radia SW. Internowany
w Wojskowym Obozie Specjalnym w Rawiczu. Przedstawiciel Internowani.pl na Dolnym
Śląsku. Kawaler Krzyża Oficerskiego Orderu Polonia Restituta,
|

|
|
|
5/6
listopada 1982 r. około 200 osób z Wielkopolski: z HCP (ok. 40
osób), POMET-u, Zakładów Graficznych im. Kasprzaka oraz ze środowisk
inteligenckich z kategorią "C" i "D" powołano
do wojska i wcielono do karnych kompanii w WOS w Rawiczu.
Trzej
muszkieterowie z obozu w Rawiczu

Krzysztof
Witczak, Jan Krusinski, Witek Szczeblewski – poznali się w Rawiczu,
a potem stworzyli
grupę Radio Solidarności Walczącej we Wrocławiu
W 1982 zostałem powołany do jednostki
wojskowej w Rawiczu.
Obecnie już nie istniejąca jednostka wojsk
sapersko-pontonowych nr.1431, specjalnie przygotowana na przyjęcie ludzi z
Solidarności, w październiku 1982 po ewakuacji żołnierzy służby zasadniczej w
jednym z budynków po pomalowaniu pomieszczeń, zamknięto budynek i zaplombowano.
Nawet miejscowa kadra nie wiedziała, co tam robiono. Kadra została dobrana
specjalnie pod przyszły „nabór” ludzi, którzy mieli być w niej internowani,
według późniejszej informacji od miejscowych oficerów mieli przyjąć
kryminalistów. Część kadry została ściągnięta bodajże z Żagania jak chorąży
Tomasiewicz, chorąży Frąszczak, porucznik (?) Piekarz, najprawdopodobniej
pracownik WSW.
Oficerowie sztabowi pozostali w większości
miejscowi; dowódca jednostki pułkownik Michalski, jego zastępca do spraw
politycznych, dowódcy kompanii I oraz II a także szefowie kompanii, (nasz szef
kompanii sierżant Klesa nałogowy alkoholik) wszyscy z Rawicza.
Jednostkę zabezpieczała kompania żołnierzy świeżo po
przysiędze, ( tak zwane koty) ze służby czynnej zakwaterowani w innym budynku,
poinformowani, że będą pilnować przestępców wypuszczonych z więzień.
„Powołanie” do Rawicza
W moim przypadku odbyło się prawie w cywilizowany
sposób; pewnego wieczora ktoś zapukał do drzwi, żona otworzyła, w progu stały
dwie osoby w mundurach jeden podoficer z bronią krótką na pasie a drugi
szeregowy z kałachem na ramieniu. Zapytali czy zastali Krzysztofa Witczaka,
poprosili mnie o dowód osobisty celem potwierdzenia tożsamości i wręczyli za
pokwitowaniem, papierek, w którym stało, że mam się stawić do jednostki numer
1431 w Rawiczu dnia 5 listopada 1982 r. grzecznie podziękowali, zasalutowali i
poszli. Wrażenie było niesamowite, w wojsku nigdy nie byłem i wcale mi się nie
spieszyło do odbycia „służby wojskowej”, tym bardziej, że tyle lat migałem się
na wszelkie sposoby, aby uniknąć tego zaszczytnego obowiązku. Poza tym
zajmowałem się w podziemiu kolportażem prasy RKS-u odtwarzając siatkę po
odejściu z RKS-u Kornela Morawieckiego i Rustejki wraz z częscią ludzi, a
następnie nią kierując, więc wcale nie pasował mi taki zaszczyt. Miałem
propozycję od znajomej lekarki, aby zamelinować się w szpitalu na oddziale
neurochirurgii szpitala im. Marciniaka we Wrocławiu, ale nie skorzystałem z
niej. Razem ze mną do Rawicza powołany został kolega ze Spomaszu, Antoni
Cholewniński, oraz kolega z Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Spomasz – nie pamiętam
nazwiska - ale już w Rawiczu okazało się, że został powołany przez pomyłkę i po
kilku dniach odesłano go do domu. Po przybyciu do jednostki okazało się, że jest
tu wielu ludzi nie nadających się do normalnego życia a co dopiero do wojska;
człowiek w okularach o szkłach jak denka od butelki, inny zagipsowany do pasa,
narkoman na chaju i inni. Wszystkich takich skierowano do izby chorych na
terenie jednostki. Wielu z nich po jakimś czasie odesłano gdzieś. Najciekawszą
postacią, którą dowieziono suką WSW po około dwóch tygodniach był człowiek
wyglądający jak Rumcajs, broda do pasa, włosy takie same. Po kilku tygodniach
WSW zabrało go z jednostki w kajdankach.
Zostałem przydzielony do II kompanii, (dowódca
kapitan Moss), drugiego plutonu, (dowódca chorąży Frąszczak, dowódca drużyny
kapral Malchrek a szef kompanii, sierżant Klesa) i zakwaterowany w sali Nr 202
razem z Romkiem Chojnackim, poetą, pracownikiem Teatru Nowego w Poznaniu,
Marcinem Kęszyckim, aktorem Teatru Ósmego Dnia z Poznania, Zenkiem ?? z
Dzierżoniowa, Romanem z Wrocławia, który z powodu jakiejś choroby nie mógł nosić
obuwia wojskowego i przechodził cały pobyt w Rawiczu w tenisówkach, Witkiem
Szczeblewskim z zakładu Wrozamet. Razem z nami spał nasz dowódca drużyny kapral
służby czynnej, Malcharek pochodzący ze Śląska. Całe drugie piętro zostało
przydzielone drugiej kompanii, podzielonej na trzy plutony, natomiast na
parterze pierwsza kompania też składająca się trzech plutonów. Razem na pietrze
kwaterowało blisko 90 osób, podzielonych na trzy plutony po około 30 osób.
Ludzie pochodzili z różnych regionów Polski, Wrocław, Dzierżoniów, Poznań,
Zbąszynek, Jastrzębie, Bytom.
Szkolenie
Szkolenie zaczęło się od następnego dnia propagandą
polityczną w sali wykładowej prowadzone przez politruka kompanii, porucznika
imieniem Grześ. Polegały one na tym, że trep czytał konspekt a my odwróceni
placami do niego, każdy robił, co chciał, krzyżówki karty itp. On swoje my
swoje. Z początku próbował wymusić na nas uczestnictwo w zajęciach, ale po kilku
próbach dał sobie spokój i każdy robił swoje do czasu aż ktoś z kolegów
zaproponował, że takie samo szkolenie może sam przeprowadzić. Okazało się, że
„władza” się zgodziła, warunkiem było „okazanie do wglądu” konspektu przed
prezentacją. Referat przygotował chyba Radek Rozpędowski. O ile pamiętam to
tematem był chyba Piłsudski. Na prelekcję pojawiła się prawie cała kadra
wojskowa ze sztabu, następnie biorąca udział w dość gorącej dyskusji z nami na
temat referatu. Polegli w nierównym boju i niestety był to pierwszy i ostatni z
serii referatów przygotowanych przez internowanych. Po kilku dniach pobytu
zaczęło się szkolenie musztry na placu apelowym. Każda kompania w innym czasie,
tak, aby nie było wzajemnych kontaktów na placu. - To była zasada, aby obie
kompanie wzajemnie izolować, utrudniać kontakty. Stosowano tą zasadę nawet w
doprowadzaniu nas na posiłki do budynku stołówki. Każda kompania osobno, a już
kompanię wartowniczą, szczególnie pilnowano abyśmy czasem ich nie zdeprawowali,
tym bardziej, że komuś z internowanych strzeliło do głowy aby po każdym
skończonym obiedzie, po wyjściu z budynku stołówki zameldować, stojącemu w
zaprzęgu i czekającemu po zlewki z kuchni, koniowi „obywatelu koniu melduję
posłusznie, że do cywila pozostało i tu liczba dni do wyjścia” . Przerodziło się
to w tradycję i nawet nieobecność konia nie przeszkadzała w meldunku. Kadra
próbowały z tym, walczyć, bez rezultatu. – Musztra polegała na tym, że trep stał
sobie na placu i wydawał polecenie „na przód marsz” następna komenda np. w lewo
zwrot wydawana przez trepa była ignorowana i kompania szła sobie na wprost aż
trep dobiegł do grupy i wymusił zmianę kierunku. Było też szkolenie na temat
broni – trep przyniósł PM wz.42 rozebrał go na części , złożył i kazał dow.
drużyny odnieść do magazynu broni.
Wigilia
Do Świąt Bożego Narodzenia szykowaliśmy się
starannie, w tajemnicy przed kadrą, ale jak się okazało informację o
przygotowaniach do świąt szybko dotarły do sztabu, co spowodowało, że
zapowiedziano nam, że każde zbiorowe obchodzenie święta będzie karane. Na
wigilijną kolację zaserwowano groch z kapustą i boczkiem, większość oczywiście
zrezygnowała z takiej tradycji i udało się na nielegalną część Wigilii
zorganizowanej w świetlicy kompanii. Za białe obrusy posłużyły zajumane z
magazynu prześcieradła, mała szopka postawiona na stole była jedynym akcentem
świątecznym, oczywiście na talerzyku znalazł się opłatek. Oficer polityczny
naszej kompanii Grześ miał wyznaczony dyżur na kompanii i zadanie
niedopuszczeniu do „nielegalnych obchodów”, ale nie potrafił temu zapobiec.
Zaprosiliśmy pierwszą kompanię z parteru i zaczęliśmy Wigilię, były kolędy i
łamanie się opłatkiem, oczywiście czujny polityczny Grześ uczestniczył biernie
stojąc sobie przy oknie. W pewnym momencie Leszek Nowak stwierdził, że w taką
noc nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem, i zaproponował, aby połamać się
opłatkiem z politycznym Grzesiem, co też uczynił jako pierwszy, za nim
podchodzili inni. Polityczny Grześ nie wytrzymał i w pewnym momencie rozpłakał
się, co wywołało wielkie wrażenie. Nawet taka kanalia polityczna, jak widać też
ma w sobie coś z człowieka. Niestety kanalia pozostanie kanalią, jak się potem
okazało, o czym napiszę dalej.
Głodówka
Politrukiem jednostki był pułkownik, wysoki, siwy
chwalący się swoją frontową przeszłością, lubiący wypić, co było dość często
czuć po alkoholowym chuchu, chwiejnym chodzie i zaczerwienionej gębie. Lubił
pojawić się wieczorami na kompanii i łazić po salach. Pewnego wieczora pojawił
się jak zwykle „na chuchu” i wlazł do jednej z sal. Zobaczył na szafce jednego z
kolegów krzyżyk oraz Pismo Święte, wziął je w dwa palce jak brudną szmatę i z
jakimś wulgarnym komentarzem zrzucił je na ziemię. Doszło do ostrej dyskusji i
polityczny zwiał szybko z kompanii. Była to ostatnia kropla, która przelała
przysłowiową czarę. Następnego dnia cała kompania odmówiła śniadania i mimo
usilnych prób namówienia nas do zjedzenia obiadu nikt nie wyłamał się.
Następnego dnia z rana zarządzono wymarsz na poligon. Uzbrojono ludzi w saperki,
kilofy a także w hełmy i przegoniono wszystkich ponad pięćdziesiąt kilometrów w
padającym deszczu ze śniegiem a następnie na poligonie zarządzono kopanie
stanowisk obronnych. Najbardziej cieszyło, że trepy też musiały dreptać z nami
na piechotę. Na poligon przyjechał po pewnym czasie prokurator i nakazał
przerwanie strajku głodowego, w przeciwnym razie zostaną aresztowani
„prowokatorzy”, inicjatorzy strajku, podkreślając, że w Czerwonym Borze w takiej
samej jednostce aresztowano i skazano kilka osób za bunt. Pod groźba więzienia,
wyrażono zgodę na przerwanie strajku, oczywiście natychmiast podwieziono kotły z
jedzeniem i nastąpił powrót do jednostki. Na miejscu okazało się, że trzy
czwarte ludzi miało poobcierane nogi, niektórzy aż do krwi. Trepów też to nie
ominęło, ale trzymali to w tajemnicy. Na kompanie przyszedł lekarz z
pielęgniarką i zaopatrywali poranione nogi wydając jednocześnie wielu osobom
zwolnienie z zajęć. Po zjedzonym posiłku wszystkim łaskawie pozwolono na udanie
się spać. Niedługo trwał wypoczynek, bo po trzech godzinach zarządzili alarm,
wydano saperki i wygonili ludzi na poligon, tym razem w pobliżu jednostki, celem
ćwiczeń miało być ułożenie pola minowego. Ponieważ trepy dostały w pupkę nie
mniej od nas, skrócili te ćwiczenia do minimum i zarządzili powrót do jednostki.
„Poligon”
Po Nowym Roku wywieziono cała naszą grupę do
miejscowości Bełcz nad Odrą, na poligon położony nad brzegiem rzeki Odry. Po
przybyciu na poligon pijany sierżant Klesa kazał pilnować komuś metalową kasetę
z pieniędzmi i dokumentami a sam wyrwał na wieś celem dalszej konsumpcji napojów
leczniczych. Na samochodach pozostał całe wyposażenie, które miało służyć do
budowy obozu, namioty, łóżka, sienniki, piecyki do namiotów itp. Najcenniejszym,
jak się potem okazało, towarem były buty gumowe, tzw. gumofilce, które metodą
wymiany na alkohol w dość znacznej ilości wylądowały natychmiast wśród
miejscowych rolników. Poligon w Bełczu kojarzy mi się z nieprzespanymi z zimna
nocami i zdarzeniem którego bohaterem był jeden z kolegów, Pieciul. Otóż pewnego
popołudnia kapitan Mos wyszorował się pięknie, wypachnił , załadował pupę do
auta i kazała się zawieźć gdzieś daleko od poligonu. Nad ranem któryś z
oficerów miał po niego wysłać auto. Zdarzyło się jednak tak, że Pieciul po
capstrzyku wykradł się do wioski, napić się wódeczki i koło godziny drugiej w
nocy wracając w pijanym widzie miał najbliżej o namiotu kapitana Mosa, wszedł,
padł w wyro i sobie chrapał do rana. Dopiero pojawienie się w biały dzień Mosa
spowodowało wielką awanturę, ponieważ nie wysłano po niego auta sądząc, że to on
wrócił wcześniej i nic nikomu nie mówiąc wlazł do wyra i sobie smacznie chrapał.
Pewnego mroźnego dnia czyli 08.01.1983 w
trybie alarmowym kazano nam ładować się na ciężarówki i z poligonu przewieziono
do jednostki w Rawiczu, zarządzono kąpiel strzyżenie i zaczęto wzywać po jednej
osobie do sztabu. Tam okazało się, że przy stole siedzi kilku wojskowych, stoi
sztandar. Kazano stanąć na baczność, odczytano rotę przysięgi, kazano złożyć
podpis w jakiejś książce. Nawiasem większość ludzi składała podpis innej osoby,
mimo że wcześniej nikt się nie umawiał aby tak zrobić. Była to przysięga, jak to
potem określił w prywatnej rozmowie kpt. Mos, pierwsza tajna przysięga w polskim
wojsku. Po „przysiędze” był nawet uroczysty obiad a potem w samochody i do
Bełcza na poligon.
Podsłuchy w pomieszczeniach mieszkalnych
jednostki
Pierwszego dnia po zakwaterowaniu nas,
przeprowadzono poszukiwanie podsłuchów na salach, w gniazdkach i kontaktach
elektrycznych, oprawach lamp, za grzejnikami, w kanałach wentylacyjnych. Nie
znaleziono nic, co by wyglądało na podsłuch. Po miesięcznym pobycie w jednostce
wszystko wskazywało, że jednak są podsłuchy, albo kapusie, ponieważ następnego
dnia po tym, jak sobie w nocy słuchaliśmy na maleńkich radyjkach rozgłośni Radia
Wolna Europa, rano pod naszą nieobecność w sali robiono kipisz i zabierano
radia. Powtarzało się to wielokrotnie, więc pewność była całkowita.
Któregoś dnia Zenuś zdjął kratkę i zaglądnął do
kanału wentylacyjnego, po włożeniu maksymalnie jak się daleko dało ręki,
stwierdził; coś tam wisi. Po krótkiej debacie postanowiono, zrywać, co by to nie
było. Okazało się to mikrofonem oblepionym plasteliną, pomalowaną na czarno i
podłączonym wojskowym kablem PKL do jakiegoś urządzenia nagrywającego na strychu
budynku. Po stwierdzeniu przez Janka Krusińskiego, że to podsłuch, przekazałem
Antkowi Cholewińskiemu z I kompanii, że w kanałach wentylacyjnych są podsłuchy i
ściągamy wszystkie, która się da ściągnąć.
Rano po śniadaniu zebrano wszystkich w sali
wykładowej na kompanii i zapowiedziano, aby oddać „dozymetry, które były
montowane na wypadek wojny do badania skażenia radiologicznego” i nikt nie
opuści sali dopóki się one nie znajdą.
Po kilku godzinach przekonywania na różne sposoby,
Janusz oddał chyba dwa mikrofony wsadzone do tubki pasty. Pozostałe nigdy już
nie wróciły do właścicieli, ponieważ jeden pojechał do Wrocławia a drugi został
rozebrany na miejscu celem stwierdzenia, co to jest.
Po wyjściu z wojska przez jakiś czas kontaktowałem
się z Romkiem Chojnackim, aż do jego wyjazdu z Polski i Marcinem Kęszyckim.
We Wrocławiu rawickie kontakty zaowocowały
stworzeniem grupy złożonej między innymi z Janusza Krusińskiego, Janusza
Lewandowskiego, Janusza Lubkiewicza i mnie. Tak powstała wrocławska sekcja
Radia Solidarność Walcząca, która nagrywała i nadawała podziemne audycje radiowe
i telewizyjne, aż do 1990 roku, czyli do oficjalnego ujawnienia w Warszawie
Solidarności Walczącej.
Motorówka
Ciekawym epizodem była „oddolna inicjatywa pracy
społecznej na rzecz naszej jednostki”, otóż na pierwszym piętrze, czyli w naszej
kompanii na korytarzu było wyznaczone miejsce w który można było palić
papierosy. Było to pomieszczenie o wymiarach mniej więcej dwa metry na trzy,
szare, nie ciekawe. Ktoś z kolegów zaproponował dowódcy kompanii, kapitanowi
Mosowi, że jest między nami osoba mająca zdolności plastyczne i chętnie wykona
jakiś malunek na ścianie celem ożywienia smętnej palarni.
„Władza” wyraziła zgodę, kolega zabrał się do roboty
i w dość krótkim czasie namalował na ścianie piękną, dużą motorówkę używaną
przez wojska saperskie do prac przy stawianiu przepraw przez rzeki, no i zaczęło
się. Wszyscy nasi koledzy przychodzili, chwalili piękny malunek motorówki
prującej wodę i zaśmiewali się do rozpuku. Trepy tez przyglądały się malunkowi
i coś im nie pasowało zachowanie oglądających ale nie mogli znaleźć przyczyny
rozbawienia a powód był taki, numer taktyczny namalowany na burcie był data
powstania Solidarności 80910831. Podejrzewam, że do końca trepy nie załapaly o
co w tym wszystkim chodziło, bo my wyszliśmy do cywila a motorówka dalej sobie
pływała po rzece na ścianie.
Polityczny Grześ
Jak wyżej pisałem, okazało się, że z politruka
zawsze wylezie menda i tak było z politrukiem naszej kompanii. W wigilię łzy
toczył jak krokodyl, a jakiś czas potem wyciął taki numer, jaki może wyciąć
tylko politruk wychowany na sowieckiej literaturze. Pewnego wieczorka w
gabinecie kapitana Mosa zrobiliśmy sobie małą popijawkę, Mos się schlał, poszedł
w samej koszuli do domu pozostawiając marynarkę munduru w gabinecie na wieszaku.
My po imprezie posprzątaliśmy i poszli spać. Rano Mos wezwał jednego z kolegów
do siebie i okazało się, że ktoś wyjął z munduru legitymacje partyjną, podarł i
wyrzucił do śmieci. Szafa pancerna była otwarta, zniknęły jakieś mapy i
dokumenty. Afera jak czort. Potem okazało się, że dyżurny widział wchodzącego
Grzesia do gabinetu Mosa po naszej imprezie. Następnym wyczynem kanalii,
było wystąpienie na koniec „szkolenia”. Zjechała się cała wierchuszka Śląskiego
Okręgu Wojskowego, a dowódcy plutonów, kompanii składali im raporty, jakie to
sukcesy odnieśli w resocjalizacji ekstremy. Wszyscy chwalili z wyjątkiem
Grzesia, który z karteczki odczytał, że ten, a ten pił wódkę, a przełożeni nie
ukarali „przestępców”, i że dowódca Mos pił wódkę z ekstremą. W tym stylu przylepił
łatkę każdemu trepowi, nie mówiąc już o samej ekstremie, czyli nas. Dnia 2
lutego 1983 wypuszczono nas do domu, wielu zabrało sobie na pamiątkę, a to hełm, a
to maskę p-gaz itp. W jednostce pozostał tylko Jan Krusiński, który został
rozkazem dowódcy jednostki ukarany za „samowolne oddalenie się”, bo zwiał do
domu na Boże Narodzenie. Dostał czternaście dni aresztu do odsiedzenia po
zakończeniu „szkolenia”. Uciekł razem z Witkiem Szczeblewskim, a żeby ich
poróżnić Witkowi podarowano, Janka skazano.
Krzysztof Witczak
Wspomnienie Edwarda Kluczyńskiego
(2008 r.)
Pracowałem w Zakładach Metalurgicznych „POMET" w Poznaniu. W sierpniu 1980 r.
rozpoczął się strajk, w którym byłem członkiem komitetu strajkowego. Po
zakończeniu strajku wspólnie z kolegami tworzyliśmy NSZZ „Solidarność", gdzie
byłem wybrany do komitetu zakładowego NSZZ „Solidarność" i delegatem na
konferencje regionalną NSZZ „Solidarność Wielkopolska".
Po wprowadzeniu stanu wojennego nie byłem internowany, ale byłem wzywany przez
SB mieszczącą się w Poznaniu na ulicy Kochanowskiego na przesłuchania. We
wrześniu lub październiku 1982 r. dostałem kartę powołania na ćwiczenia rezerwy
do Rawicza, do Jednostki Wojskowej 1431. Termin odbycia szkolenia 5.11.82 do
2.02.83 (ksero książeczki wojskowej w załaczeniu). Na miejscu dowiedziałem się,
że będę się szkolił jako saper-pontonier. Z powołanych utworzono 2 kompanie,
każda po ok. 100 żołnierzy. Ja zostałem przydzielony do 2 kompanii, (dowódcą był
kpt. Mos), 1 plutonu, 1 drużyny. Mój pluton liczył ok. 30 żołnierzy. Podczas
rozmowy z kolegami dowiedziałem się, że każdy z nas to działacz i członek
„Solidarności". Dowódcą plutonu był porucznik Piekarz, a dowódcami drużyn
kaprale ze służby czynnej.
Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że wśród mieszkańców Rawicza
rozpowszechniono informacje, że jesteśmy bandą kryminalistów, złodziei i
wykolejeńców. Szkolenie – jak minować i wysadzać – odbywało się na poligonie
oddalonym od jednostki ok. 2 km. Teren był ogrodzony i pilnowany przez
wartowników ze służby czynnej. W środku znajdował się ogrodzony płotem magazyn
materiałów wybuchowych. W osobnym magazynie pobieraliśmy ćwiczebne miny
przeciwpancerne ważące ok. 10 kg. służące do stawiania pól minowych. Podczas
przemarszu z jednostki na poligon i z powrotem kazano nam śpiewać. Często
śpiewaliśmy idąc ulicami Rawicza: „My pierwsza Brygada" co wywoływało zdziwienie
mieszkańców miasta.
Dwa razy w tygodniu mieliśmy szkolenie polityczne z dowódcą kompanii ds.
politycznych porucznikiem Grzegorzem (nazwiska nie pamiętam). Szkolenia te
prowadziły do długich dyskusji ze szkolącym. Często okazywało się, że poziom
naszej wiedzy przewyższał wiadomości porucznika, co doprowadzało go do wybuchu
wściekłości, a czasami płaczu. W początkowym okresie w szkoleniach brali także
udział kaprale – dowódcy drużyn, ale ze względu na dyskusje i poruszane tematy
zostali odsunięci od udziału w szkoleniu. Na jednym z apeli dowódca kompanii
zwrócił nam uwagę na niewłaściwe zachowywanie na szkoleniach. Odniosłem
wrażenie, że dowódca nie popiera metod wychowawczych porucznika.
Podczas prób ukrycia żywności (nie wolno było jej
przechowywać) jeden z kolegów odkrył za kratką wentylacyjną urządzenie podobne
do mikrofonu zawieszone na przewodzie. Zostało zerwane i ukryte. Od tego czasu
idąc spać mówiliśmy: „Dobranoc
służbo bezpieczeństwa, możecie iść spać, bo my też idziemy spać."
Po paru dniach byliśmy wzywani na rozmowy z oficerem kontrwywiadu (kpt. ???),
który tłumaczył, że te urządzenia to dozymetry do badania radioaktywności i że
mamy je oddać.
Chcąc zamanifestować nasze niezadowolenie odmówiliśmy jedzenia. Cała kompania
nie jadła obiadu. Ustawili nas na placu apelowym, najpierw długo staliśmy,
dopiero później dowódca pułku rozpoczął z nami rozmowy. Wywalczyliśmy, że
jedzenie będzie bardziej urozmaicone.
Po paru dniach we wczesnych godzinach rannych (przed 6.00 ) z plecakami na
ramionach i w hełmach na głowach (bo broni w ogóle nie mieliśmy) wyruszyliśmy na
ok. 30 km. marsz. Po przybyciu do celu marszu, gdzieś w lesie, kazano nam się
okopywać, wpierw w pozycji leżąc, a później klęcząc. Wróciliśmy do koszar ok.
godz. 19.00. Część kolegów udała się do izby chorych, bo miała poobcierane nogi,
niektórzy aż do kości. Ok. godz. 21 ogłoszono następny alarm i wyruszyliśmy na
nocne ćwiczenia z minowania. Wróciliśmy ok. 2 w nocy.
W połowie grudnia 1982 r. dowiedziałem się że będzie możliwość uzyskania
przepustki na święta Bożego Narodzenia. Ja jako były żołnierz po przysiędze, a
takich było w całej kompanii ok. pięciu, złożyłem wniosek o przepustkę. Dostałem
przepustkę 24-godzinną, przypadającą w dzień Wigilii, ale wypuszczony z koszar
zostałem ok. godz. 20.00, a powrót miałem do dnia następnego, do godz. 12.00,
tak że tylko kilka godzin spędziłem z żoną i półtorarocznym synem. W dniu
wigilii w świetlicy zrobiliśmy swoją „obozową” wigilię. Zsunęliśmy stoły,
nakryliśmy białymi prześcieradłami i podzieliliśmy się opłatkiem. Na uroczystość
zajrzał też zastępca dowódcy ds. politycznych (por. Grzegorz ???) i też
podzieliliśmy się z nim opłatkiem. Był bardzo wzruszony.
Na początku stycznia 1983 r. wywieziono nas na poligon nad rzekę Odrę.
Ćwiczyliśmy ustawianie mostów pontonowych, przepraw mostowych i inne podobne
działania saperskie. Wróciliśmy do koszar pod koniec stycznia. Zwolniono nas
drugiego lutego 1983 r.
My, koledzy z pierwszego plutonu postanowiliśmy, że będziemy się spotykać co
roku w Częstochowie, na Jasnej Górze, pierwszego lub 3-go maja (daty nie
pamiętam). Co roku było paru kolegów, lecz w kolejnych latach coraz mniej. Ja
osobiście byłem 3 razy. Razem ze mną w Rawiczu był kolega z zakładu, w którym
pracowałem Józef Stegient.
Edward Kluczyński
Lista
osób represjonowanych
w
Wojskowym Obozie Specjalnym w Rawiczu
Nadsyłane
życiorysy i wspomnienia będą umieszczane na stronie.
|
Biel Wojciech - (Wrocław)
|
Nowak Leszek - (Wrocław) |
|
Bieszczad Grzegorz - (Wrocław)
|
Olejnik - (KWK "Wujek")
|
|
Chojnacki Roman - (Poznań)
|
Pajakowski Kazimierz - (Świdnica)
|
|
Dreko Wiesław - (Wrocław)
|
Pankiewicz Jan
- (Sosnowiec)
|
|
Heller Janusz - (Pozmań)
|
Pieciul - (ps. "Chorązy")
|
|
Jankowiak Krzysztof - (Opole)
|
Prelewicz Mieczysław - (Legnica) |
|
Kęszycki Marcin - (Pozmań)
|
Rozpędowski Jarosław - Wrocław |
|
Klima Stefan - (Katowice) |
Skibińdski Janusz - (Poznań) |
|
Kluczyński Edward - (Poznań) |
Stegient Józef - (Poznań) |
|
Konieczko Janusz - (Częstochowa) |
Szczeblewski Witold - (Wrocław) |
|
Kotkowiak Cezary - (Wrocław) |
Szulc Edmund - (Zbąszynek) |
|
Kowalski Jerzy - (Oleśnica) |
Ścibielski Marek - (Częstochowa) |
|
Kowarski Henryk - (Katowice) |
Warchał Marian - (Wrocław) |
|
ś.p. Krusiński Jan
- (Wrocław) |
Weber-Weller Jakub - (Oława) |
|
Legowicz Czesław - (Wrocław) |
Witczak Krzysztof - (Wrocław) |
|
Lewandowski Janusz - (Wrocław) |
Wrona Tadeusz - (Częstochowa) |
|
Lubkiewicz Janusz - (Wrocław) |
Wójcik Zygmunt - (Bytom) |
|
Matula Stefan - (Siemianowice Śląskie) |
Zieliński Jacek - (Ostów Wielkopolski) |
|
Ślęzak Tadeusz |
Klepas Bogdan -
Poznań |
(Po
kliknięciu na nazwisko wyróżnione kolorem niebieskim zostanie uruchomiony
biogram)
|

Marcin
Dąbrowski – historyk z lubelskiego IPN
To
nie przypadek, że 2 listopada ‘82 powołano do
"wojska” tak dużą grupę działaczy Solidarności z
całego kraju. 8 października sejm PRL uchwalił nową ustawę
o związkach zawodowych, która przekreślała szanse na
reaktywację Solidarności.
W odpowiedzi na to 9 października
roku podziemne władze związkowe wezwały działaczy do
zorganizowania 10 listopada strajku generalnego. To miała być
równocześnie rocznica zarejestrowania Solidarności w
‘80 roku. 11-13 października już zaczęły się pierwsze
zamieszki w kraju. Trzeba było coś z tym zrobić, tym
bardziej, że władze szykowały się do zniesienia stanu
wojennego. Wymyślono więc unieszkodliwienie działaczy
Solidarności poprzez masowe wcielenie ich do wojska. Najwięcej
osób było z krakowskiego, lubelskiego, gdańskiego, wrocławskiego i z Wielkopolski. Nie ma wątpliwości, że miało to charakter
represyjny.
To był szczególnie dotkliwy obóz internowania,
o którym wiemy dziś jedynie z relacji świadków.
Marcin
Dąbrowski |
List
do Premiera RP pana
Donalda Tuska Warszawa 17
marca 2008
w
sprawie projektu ustawy „o uprawnieniach kombatantów,
uczestników walki cywilnej lat 1914-1945, działaczy opozycji
wobec dyktatury komunistycznej oraz niektórych ofiar represji
systemów totalitarnych"
(dotyczy
również osób internowanych w Wojskowych Obozach Specjalnych)
pełny
tekst listu > 
Odpowiedź z
Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej:
1) ..."uprzejmie
informuję, ze projekt był już przedmiotem szerokich
konsultacji społecznych głównie w środowiskach kombatantów
i osób represjonowanych i zyskał ich akceptację. Ponadto
projekt został przyjęty przez Komitet Rady Ministrów. W związku
z powyższym uprzejmie informuję, że na obecnym etapie prac
legislacyjnych wprowadzanie zmian w projekcie ustawy nie jest
możliwe."
2) Konsultacje międzyresortowe
i społeczne.
Projekt ustawy został przesłany do uzgodnień międzyresortowych
oraz konsultacji
z następującymi partnerami społecznymi:
1) Forum Związków Zawodowych;
2) NSZZ „Solidarność”;
3) NSZZ „Solidarność 80”;
4) Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych;
5) Konfederacją Pracodawców Polskich;
6) Konfederacją Pracodawców Prywatnych;
7) Business Centre Club;
8) Ogólnopolskim Stowarzyszeniem Internowanych
Represjonowanych;
9) Związkiem śołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych;
10) Związkiem Represjonowanych Politycznie „śołnierzy-
Górników”;
11) Związkiem „Solidarność” Polskich Kombatantów;
12) Klubem Kombatantów 4 Pomorskiej Dywizji Piechoty im. Jana
Kilińskiego;
13) Związkiem Inwalidów Wojennych;
14) Radą do Spraw Kombatantów i Inwalidów Wojennych;
15) Krajową Radą Sądownictwa;
16) Instytutem Pamięci Narodowej.
W
związku z powyższym apeluję o lobowanie wśród posłów i
senatorów. Zachęcam wszystkich kolegów mających tzw.
"dojścia" o przekazywanie do biur poselskich
posiadanej wiedzy, czym były Wojskowe Obozy Specjalne.
Jednocześnie upoważniamy do występowania również i w
obronie naszych interesów kolegę Józefa Pinterę, szefa
bratniego Stowarzyszenia Chełmiaków. Nie
możemy przegapić tej sprawy. Wnioski chłopaków występujących
na drogę sądową są odrzucane z powodów formalnych. (Płytę
DVD o Wojskowych Obozach Specjalnych można nabyć nie
koniecznie drogą kupna kontaktując się ze mną.)
Leszek
Jaranowski
STANOWISKO
SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ
przedstawione
na spotkaniu Grupy Roboczej Środowisk Opozycji
Antykomunistycznej w Warszawie dnia
15 marca 20008 r.
W SPRAWIE
Ustawy
z dnia 19 września 2007 (DU 2007 nr 191 poz. 1372)
–
o zmianie ustawy o uznaniu za nieważne orzeczeń
wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na
rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego
(W
sprawie: zadośćuczynienia i odszkodowania)
Obowiązująca,
znowelizowana ustawa wprowadza podział naszego środowiska byłych
represjonowanych PRL – na lepszych i gorszych. Na tych
pierwszej kategorii i dalszych. Uprawnienia do ubiegania
się o roszczenia i zadośćuczynienie nadaje niewielkiej
grupy osób. Wszystkim pozostałym, którzy w różny sposób
podejmowali się działalności na rzecz przemian
demokratycznych w Polsce, Ustawa daje tylko złudną nadzieję
na możliwość uzyskania zadośćuczynienia.
Pominięci
mogą być nawet ci, którzy otrzymali wysokie odznaczenia państwowe,
jak i ci, którym unieważniono wyroki z inicjatywy
państwa w latach 90.
Możliwości
ubiegania się o zadośćuczynienie nie mają osoby, które
działały i były represjonowane w latach stanu
wojennego, ci, którzy ukrywali się w stanie wojennym, a nie
byli aresztowani i internowani. Albo ci, którzy pod wpływem
represji UB za działalność związkową zostali zmuszeni do
zwolnienia się z pracy – niekoniecznie na podstawie
wypowiedzenia ze strony zakładu pracy. Również ci, którym
w stanie wojennym aparat represji uprzykrzał życie w inny
sposób, np. poprzez blokowanie możliwości podjęcia innej
pracy, „lipne sprawy”, wytaczane przez urzędy
skarbowe, albo represje, groźby i działania wobec członków
rodzin. W końcu nie mogą ubiegać się o zadośćuczynienie
rodziny zamordowanych.
Z
niepokojem też zauważamy, że pojawiające się orzecznictwo
sądowe ujawnia braki i niedopracowania ustawowe.
Dostrzegamy też, że ustawa nie jest powszechnie znana, a obowiązujący
zawężający termin (jednego roku) składania wniosków w
sprawie zadośćuczynienia jest zbyt krótki. Naszym zdaniem
powinien on być przedłużony bezterminowo. Oczekujemy takich
zmian prawa – Kodeksu karnego, cywilnego oraz pracy, aby
nasze wnioski nie były oddalane z powodu przedawnienia.
Oczekujemy zwolnienia z opłat sądowych nie tylko w
sprawach toczących się przed Sądem Karnym, ale i pozostałymi.
Naszym
zdaniem wymienione przykłady, a pominięte w uchwalonej
ustawie, powinny być rozpatrywane na gruncie art. 417 Kodeksu
cywilnego.
Wymieniany
powyżej katalog represji aparatu państwowego wobec nas, jak
i inne zmiany prawa, powinien być w
ł ą c z o n y do pilnej nowelizacji
niniejszej ustawy.
Proszę
nas nie dzielić – wszyscy w stanie wojennym ryzykowaliśmy
naszą wolnością, spokojem i bezpieczeństwem naszych
rodzin. Niech sądy podejmują sprawiedliwe wyroki.
Przewodniczący
Stowarzyszenia
Solidarność
Walcząca
Kornel
Morawiecki
Adresaci:
Prezydent
RP,
Premier,
Marszałkowie
Sejmu i Senatu,
Kluby
Poselskie PiS, PO, PSL
wróć
do galerii
|
©
Ogólnopolskie Stowarzyszenie Osób Represjonowanych
w
Specjalnych Obozach Wojskowych w latach 1982-1983
©
Leszek Jaranowski, Krzysztof Witczak
Nieautoryzowane
rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej strony w
jakiejkolwiek postaci bez wiedzy i zgody jest zabronione. Publikowanie,
wykonywanie kopii na dowolnych nośnikach powoduje naruszenie praw
autorskich.
W
sprawach udostępnienia materiałów proszę się kontaktować z
autorem strony Leszkiem Jaranowskim.
|
|