|
Jednym
z mało znanych fragmentów oporu podziemnej „Solidarności"
jest strajk w Nowej Hucie.
Przełomowy
strajk
Jako
uczestnik czuję się zobowiązany przypomnieć jego przebieg.
Druga połowa lat 80. była czasem nie tylko pogłębiającego
się kryzysu gospodarczego, ale i apatii społecznej. Ta
ostatnia dotknęła też część opozycji antykomunistycznej,
nawet w takim bastionie "Solidarności", jakim była
Nowa Huta. W tej krakowskiej dzielnicy, po wielu rozbitych przez
ZOMO demonstracjach, powoli bowiem wygasał zapał. Jedynie
Duszpasterstwo Ludzi Pracy w Mistrzejowicach i Duszpasterstwo
Hutników na os. Szklane Domy trwały w nieustannym oporze.
Dlatego też niespodziewana wiadomość, że 26 kwietnia 1988 r.
wybuchł strajk w Hucie im. Lenina, zelektryzowała wszystkich.
Strajk rozpoczął w sumie jeden człowiek, nieznany dotąd
nikomu Andrzej Szewczuwianiec. Nie był on działaczem
podziemnych struktur związkowych, a do Nowej Huty przybył
zaledwie przed paroma miesiącami. Został przywódcą strajku,
ale nieufność wobec niego była duża. Nie zmieniło to jednak
faktu, że strajk szybko się rozwinął głównie dzięki
wyrzuconym z pracy działaczom „Solidarności", którzy
w tej decydującej chwili przedostali się na teren huty. Wśród
nich byli m.in. Stanisław Hadzlik, Mieczysław Gil i Jan
Ciesielski (Edward Nowak pozostał na zewnątrz jako rzecznik
prasowy, a Wojciech Marchewczyk z ekipą drukarzy podjął się
codziennego wydawania podziemnego pisma „Hutnik"). Z
kolei z terenu huty dołączyli inni działacze. Oni to właśnie,
nie negując przywództwa Szewczuwiańca, przejęli strajk w
swoje ręce, wpisując do strajkowych postulatów płacowych także
sprawę przywrócenia do pracy innych represjonowanych działaczy
związkowych.
***
Ogromną
rolę w podtrzymywaniu strajku odegrało wspomniane
duszpasterstwo mistrzejowickie, a zwłaszcza jego założyciel,
ks. Kazimierz Jancarz, który to w święto 1 Maja, udając
pacjenta w karetce pogotowia, przedostał się za pomocą tego
fortelu do strajkujących, aby odprawić dla nich msze św. Jego
płomienne kazanie było wielkim wzmocnieniem dla strajkującego
zakładu, który już wtedy otoczony był przez oddziały ZOMO.
Hutnicy prosili także o msze św. na czas dwóch kolejnych świąt,
czyli na dzień Konstytucji 3 maja oraz na dzień 4 maja, kiedy
to wypadało święto św. Floriana, patrona hutników. Ks.
Jancarz, którego plebania była pilnowana dzień i noc przez
esbeków, nie mógł już z powrotem dostać się do huty, więc
poprzez posłańca poprosił mnie o przybycie do siebie.
Wieczorem 2 maja przyszedłem więc do niego, a on na poczekaniu
sfałszował cudzą przepustkę pracowniczą, wklejając do niej
moje zdjęcie, które ostemplował pieczątką wykonaną z
ziemniaka. Byłem pod tak wielkim wrażeniem jego kunsztu, że
powiedziałem do niego: "Wiesz Kaziu, jak cię w końcu
wywalą z tej parafii, to masz już nowy fach w rękach".
Na drugi dzień, odziany w usmarowane ubranie robocze, przedostałem
się do huty, instalując się w jakiejś kanciapie na Walcowni
Zgniatacz, gdzie była siedziba komitetu strajkowego. Dzięki
nieocenionemu o. Niwardowi Karszni, cystersowi, który dostarczył
komunikanty i paramenty liturgiczne,

foto:
Andrzej Stawiarski
odprawiłem w sumie cztery
msze św., jeżdżąc wózkiem widłowym od wydziału do wydziału.
W nabożeństwach brało udział kilka tysięcy osób.
***
2
maja wybuchł strajk solidarnościowy w Stoczni Gdańskiej, a 4
maja do Nowej Huty przyjechali delegaci Episkopatu Polski w
osobach Jana Olszewskiego, Andrzeja Stelmachowskiego i Haliny
Bortnowskiej. Ich rozmowy z dyrekcją były obiecujące, więc
wszyscy po wielonocnych czuwaniach poszli spać. Nie doceniono
jednak perfidii władz komunistycznych, które 5 maja o godz.
2.00 przy użyciu ZOMO zaatakowały hutę. Zdążyłem uciec na
suwnicę, skąd widziałem niesamowitą brutalność atakujących,
którzy nie oszczędzali nawet kobiet. Część członków
komitetu strajkowego została aresztowana, część schroniła
się u ojców cystersów, którzy ukrywających się
poprzebierali w stroje zakonne. W Mistrzejowicach od razu zaczął
działać Wikariat Solidarności (wzorowany na analogicznej
instytucji w Chile), który udzielał pomocy aresztowanym i
wyrzuconym z pracy. W hucie natomiast nastąpił strajk
absencyjny. Konsolidacja społeczeństwa nowohuckiego była
ogromna i w końcu władze musiały ustąpić, wypuszczając
aresztowanych i przywracając działaczy związkowych do pracy,
w czym była duża zasługa mec. Andrzeja Rozmarynowicza,
bezkompromisowego obrońcy w sprawach politycznych. Strajk w
hucie był wielkim przełomem i w dużym stopniu przyczynił się
do powstania Okrągłego Stołu. Teraz, po 20 latach, należy
oddać hołd tym hutnikom, którzy podjęli wówczas walkę, a
których zasługi do dziś nie zawsze są docenione, a wielu z
nich żyje w złych warunkach materialnych. To dzięki ich
odwadze możemy się cieszyć wolną Polską.
ks.
Tadeusz Isakowicz-Zaleski
Gazeta
Polska, 23 kwietnia 2008 r.
fragment
książki ks. Tadeusza „Moje życie nielegalne”
Przyszli,
żeby zabić
Pierwszy
napad był jednym z punktów zwrotnych w moim życiu. Przede
wszystkim przestałem być anonimowy, zacząłem być osoba znaną,
rozpoznawaną. Zrozumiałem, że nigdy już nie będę mógł
funkcjonować jako tak zwany normalny ksiądz, to znaczy nie będę
zwykłym wikarym, proboszczem. Zawsze, jak cień, będzie mi
towarzyszyć wspomnienie tej sprawy. W dodatku, co tu kryć,
uraz po napadzie został. Kto wie, jak to się mogło skończyć?
Przez długi czas bałem się sam chodzić, zawsze ktoś mi towarzyszył.
Już nie wracałem po nocy autobusami, ale odwożono mnie z
Mistrzejowic samochodem. Organizował mi tę ochronę Jacek
Smagowicz. Byłem pełen podziwu dla niego i innych kolegów z
Solidarności, ale jednak źle znosiłem ten brak swobody.
Drugi
napad
Stopniowo
wciągnąłem się w robotę opozycyjną i przestałem myśleć o możliwych
konsekwencjach. Dlatego drugi napad był dla mnie kompletnym zaskoczeniem.
4
grudnia 1985 roku wybierałem się do Warszawy na spotkanie z mecenasem Janem
Olszewskim i Janem Józefem Lipskim z KOR-u. Dzień wcześniej rozmawiałem
z nimi przez telefon, kupiłem też bilet na pociąg, bo miałem zamiar jechać
ekspresem
o szóstej trzydzieści. Chciałem się ich
poradzić, co robić dalej w swojej sprawie, to znaczy, czy mogę pozwać władze
państwowe – i kogo konkretnie – za naruszenie
moich dóbr osobistych (chodziło o podanie do publicznej wiadomości, na co
jestem chory).
Położyłem się spać około jedenastej. W środku nocy obudziło mnie puknie
do zewnętrznych drzwi.
Nałożyłem
na piżamę sweter i sztruksowe spodnie i wyszedłem na korytarz. Zapytałem,
kto tam. Kobiecy głos odpowiedział, że pogotowie ratunkowe. Uchyliłem drzwi
i zobaczyłem bardzo młodą kobietę ubraną w fartuch lekarski. Powiedziała,
że ksiądz Kolarski miał zawał serca, leży w karetce i chce się ze mną
widzieć. Zdjąłem łańcuch i otworzyłem drzwi.
Dalej
wszystko potoczyło się jak w koszmarze. Do mieszkania wpadli dwaj mężczyźni,
jeden z nich też miał na sobie biały fartuch. Ten właśnie mężczyzna
przystawił mi do głowy pistolet, kazał odwrócić się do ściany i powiedział,
że jeśli wezwę pomocy, „stary (czyli ksiądz Boćkowski, który nadal
mieszkał obok mnie) dostanie po głowie". W ciągu kilku sekund przeleciało
mi wtedy przed oczami całe życie. Czułem, że to koniec. Nogi miałem miękkie,
nie mogłem się poruszyć.
Napastnicy
zgasili światło w korytarzu i zapalili latarki. Potem gazą zakneblowali mi
usta i kablem od czajnika elektrycznego związali mi z tyłu ręce, robiąc równocześnie
pętlę na szyi. Gdy tylko próbowałem poruszyć rękami, pętla się zaciskała
i zaczynałem się dusić. Usłyszałem polecenie: „Idziemy do
samochodu".
Rzuciłem
się na ziemię, zacząłem się trząść i kopać nogami, udając atak
epilepsji. To nie była kalkulacja, tylko odruch. Podświadomie wiedziałem, że
muszę coś zrobić, że nie mogę z nimi wyjść z mieszkania. Przypuszczam, że
nie byli przygotowani na taki
obrót sprawy. Spodziewali się, że mnie bez trudu wyprowadzą. A kiedy
„dostałem ataku", zrobiło się zamieszanie. Zaczęli mnie szarpać,
jeden podniósł mnie za włosy i kilka razy uderzył ręką w twarz,
prawdopodobnie chcąc mnie ocucić. W końcu wzięli mnie we dwóch i podnieśli.
Szarpnąłem się jeszcze raz, pętla na szyi mocniej się zacisnęła i zemdlałem.
Kiedy
odzyskałem przytomność, leżałem na podłodze w swoim pokoju, nadal z pętlą
na szyi i wykręconymi rękami. Napastników już nie było. Poruszyłem się.
Poczułem, że leżę w jakiejś lepkiej mazi, usłyszałem też chrobot potłuczonego
szkła. Było ciemno. Wyczołgałem się na korytarz i zacząłem nogami walić
w drzwi prowadzące do mieszkania księdza Boćkowskiego. Niestety nie obudził
się. Wtedy, opierając się o futrynę, wstałem i zrobiłem kilka kroków w
stronę drzwi. Ale podłoga była śliska, zalana jakimś płynem. Poślizgnąłem
się i rymnąłem jak długi.
Drzwi
na szczęście były uchylone. Udało mi się wyczołgać na zewnątrz i na
kolanach ruszyłem w stronę budynku, w którym mieszkały siostry. Głową
nacisnąłem przycisk dzwonka. Siostry otworzyły mi przestraszone, wyjęły
knebel z ust, a potem próbowały rozwiązać kabel. Znów zacząłem się
dusić. Wtedy jedna z sióstr przecięła go nożyczkami. Położyły mnie w
rozmównicy na wersalce, przykryły pierzyną, bo byłem wyziębiony, i wezwały
pogotowie, a potem zawiadomiły księdza Kolarskiego.
Karetka
przyjechała bardzo szybko. Lekarz chciał mnie zabrać na ostry dyżur, ale się
nie zgodziłem, bo bałem się, że może to być kolejny podstęp. Zaraz zjawił
się mecenas Rozmarynowicz, który mieszkał na sąsiedniej ulicy, i powiadomił
o zdarzeniu milicję. Potem przyjechał Jancarz. Pierwsi funkcjonariusze
pojawili się dopiero około szóstej trzydzieści, czyli przeszło godzinę po
zawiadomieniu. Ekipa dochodzeniowa przyjechała jeszcze później. Pies tropiący
zjawił się dopiero po siedmiu godzinach od wezwania. Mimo ponagleń
Rozmarynowicza milicjanci pracowali opieszale. Widać było, że śledztwo i tym
razem będzie prowadzone niestarannie.
Mój
pokój wyglądał jak pobojowisko. Na podłodze rozlano kompot truskawkowy,
kosmetyki, rozsypano kawę, porozrzucano książki, gazety, ubrania, przewrócono
piecyk elektryczny, porozbijano szklanki. Widać było, że sprawcy chcieli
koniecznie pozacierać ślady i zneutralizować zapachy.
Napad
był dobrze przygotowany. Napastnicy znali układ domu, wiedzieli, że nikogo
nie zdążę zawiadomić. Dziewczyna, która mnie obudziła pukaniem, mogła
nawet nie mieć dwudziestu lat. Wiedzieli, że taka młoda osoba, ubrana w
fartuch lekarski, nie wzbudzi moich podejrzeń. Kiedy powiedziała, że
proboszcz wezwał karetkę, bez wahania otworzyłem drzwi. Sznura do skrępowania
rąk nie przynieśli ze sobą, ale wykorzystali kabel, który był w mieszkaniu.
Musieli dokładnie wiedzieć, jaki to kabel, nie mogliby go użyć, gdyby był
za krótki. Może byli wcześniej w tym mieszkaniu? Może ktoś im je dokładnie
opisał? Przypuszczam, że chcieli mnie wyciągnąć, żeby upozorować na przykład
wypadek samochodowy. Gdyby do skrępowania użyli zwykłego sznura, zostałyby
ślady, otarcia. Kabel w plastikowej izolacji był z ich perspektywy lepszy.
Myślę, że przyszli z zamiarem zabójstwa.
Podpis
SB
Po
wielu latach w IPN-ie odnalazła się kaseta VHS ze śledztwa prowadzonego przez
SB po tym drugim napadzie. Dlaczego się zachowała? Jako ksiądz wierzę oczywiście
w działanie Opatrzności. Ale widzę też inny powód: SB mogła ją traktować
jako materiał instruktażowy. Chodziło o to, żeby pokazać innym
funkcjonariuszom, jak należy takie rzeczy robić, jakie błędy zostały popełnione
itd. Co ciekawe, powyciągano zewsząd i rozłożono na moim łóżku rozmaite
podziemne wydawnictwa, nawet drugoobiegowe „dolary" z Popiełuszką i
Papieżem. Po co? Nie wiadomo. Gdyby ktoś z zewnątrz obejrzał tę kasetę, od
razu by pomyślał: „Aha, ksiądz opozycjonista, więc na pewno dostał po
głowie od SB".
Ja
sam nie pamiętam tego, żeby przy pierwszym przesłuchaniu była kamera. Potem
przy wizji lokalnej już tak. Ale za pierwszym razem byłem w szoku: odpowiadałem
na pytania, nie zapamiętałem jednak, że ktoś to filmował. Na filmie widać
zresztą, że mimo tego szoku odpowiadam rzeczowo, nie mylę się w zeznaniach.
To dla mnie bardzo ważne. W śledztwie żadnego z faktów, które opisałem,
nie zakwestionowano. Były potem
rozpuszczane rozmaite plotki na temat tego wydarzenia, ale nawet
„ustawiane" śledztwo nie podważyło tego, co wówczas powiedziałem.
Niemniej
milicja od samego początku zaczęła mataczyć. „Sprawdzano" dwie różne
wersje. Pierwsza z nich brzmiała: to zrobiła bojówka Solidarności przy mojej
pomocy. Próbowano udowodnić, że sam się związałem, potem – że ktoś
związał mnie za moją zgodą. To się nie bardzo udawało, więc pojawiła się
druga wersja: że to był napad kryminalny. Ale i ona miała marne podstawy, bo
po co napadać na księdza, który mieszka w maleńkim pokoiku i nie ma żadnych
wartościowych rzeczy. W dodatku napastnicy nawet nie ruszyli paczek z darami,
które siostry przechowywały w korytarzu. Gdyby esbecy wierzyli w prawdziwość
którejkolwiek z tych wersji – mówił mecenas Rozmarynowicz – to
zrobiliby wszystko, żeby dopaść sprawców. Mieli potężny aparat, ogromne możliwości.
Nie ma zbrodni doskonałej; gdyby to rzeczywiście była solidarnościowa
prowokacja, na pewno wpadliby na jakiś ślad.
Śledczy
kręcili, nie wykonywali swoich obowiązków, bo wiedzieli, że obie wersje to
lipa. Nigdy nie zdecydowano się na sporządzenie portretu pamięciowego sprawców,
choć i Rozmarynowicz, i ja wiele razy na to naciskaliśmy (widziałem dwoje z
trójki sprawców). Gdyby nie stała obecność Rozmarynowicza, być może już
na samym początku próbowaliby coś zamataczyć. Ale on przez cały czas patrzył
im na ręce.
W
każdym razie bezpieka szukała dowodów, że napad był sfingowany. Podobno
(wiem to od Rozmarynowicza) przez pewien czas rozważała nawet oskarżenie mnie
o oszustwo. Zachowane akta śledztwa pokazują jednak, jak po kolei wszystkie próby
podważenia moich zeznań spalają na panewce. Eksperymenty, które bezpieka
przeprowadzała, nie dowiodły założonej tezy, że to prowokacja. Przesłuchano
mnóstwo ludzi, ale nic konkretnego z tego nie wyniknęło. Naciskano na
lekarzy, żeby zmienili zeznania. Naciskano na siostry. W przypadku sióstr
chodziło o sposób, w jaki byłem związany. SB nie próbowała w ogóle szukać
sprawców, tylko skupiła się na kwestionowaniu różnych detali. Siostrom
sugerowano, że inaczej przecięły kabel, niż to miało miejsce w rzeczywistości.
Ale siostry uparcie mówiły prawdę. Potem Instytut Kryminalistyki potwierdził
ich słowa: przecięty kabel można przecież połączyć i zawiązać na
manekinie.
W
końcu, z dwojga złego, przyjęto wersję napadu kryminalnego, umarzając
jednocześnie sprawę z powodu niewykrycia sprawców.
Samo
to, że milicja przyjechała tak późno, może być pośrednim dowodem, kto stał
za tym napadem. Jeżeli milicja nie stawia się od razu na miejscu przestępstwa
i nie podejmuje czynności zabezpieczających, to znaczy, że ma coś do
ukrycia. Oczywiste jest przecież, że tam, gdzie coś się stało, pojawią się
ludzie, nawet przypadkowi. Zaraz obok sióstr było przedszkole, rodzice
odprowadzali dzieci, masę ludzi się zatrzymywało, dopytywało. Zanim zaczęto
cokolwiek sprawdzać, zadeptano – podobnie jak za pierwszym razem –
wszystkie ewentualne ślady.
Oczywiście
nie wierzę w to, że w pewnym momencie w Wydziale IV SB przełożony powiedział
kilku podwładnym: „Zróbcie z tym Zaleskim porządek!". Wydział IV
zebrał potrzebne informacje, może nawet zaplanował, co zrobić, ale całą
akcję przeprowadzili ludzie z zupełnie innej komórki. Może grupa specjalna,
podobna do słynnej grupy „D"? Po wykryciu sprawców zabójstwa księdza
Popiełuszki bezpieka musiała wymyślić jakieś nowe metody działania siłowego.
Było oczywiste, że przy każdym kolejnym pobiciu czy zabiciu jakiegokolwiek
księdza pierwsze podejrzenia padną na SB. Trzeba było tak działać, żeby
zatrzeć wszelkie ślady.
Maciej
Gawlikowski, autor filmu dokumentalnego Zastraszyć księdza, twierdzi,
że mogły to być bandziory wynajęte przez SB. To by tłumaczyło, dlaczego się
wycofali. Nowa sytuacja, nie ma przełożonego, nie wiadomo, co robić... Bicie
człowieka, który ma atak, świadczy o kompletnym ogłupieniu. W końcu
pozacierali ślady i uciekli.
Nie
rozumiem tylko, dlaczego zostawili mnie związanego „na
Popiełuszkę". Liczyli, że w końcu się uduszę? Ireneusz Dańko
z
„Gazety Wyborczej" napisał, że to był „podpis SB". Cała
Polska wiedziała,
gdzie można się nauczyć wiązania człowieka w taki sposób.
Czemu się „podpisali"? Tego nie rozumiem.
Tadeusz – ksiądz poeta
dziedzictwo
otrzymałem
w spadku ormiańską duszę
lwowski
akcent kresowy patriotyzm
ukraińską
tęsknotę za Bogiem
białoruski
dworek protoplasty Marcina
i
jego przyjaźń z żydowskim rabinem
trwogę
przed tatarskim zagonem
ślady
po rosyjskiej nahajce
obóz
przejściowy na wołoskiej ziemi
wspomnienie
węgierskich honwedów
to
całe dziedzictwo bogate i trudne
pomoże
mi być Polakiem
co
żyjąc w łacińskiej kulturze
zachowa
obywatelstwo Wschodniej Europy
bogdan
p.p
. Włosikom
|
nocna
rozmowa
przyszedł
do mnie Konrad
przez
kraty
gdy
bezsennie leżałem na pryczy
a
wszyscy wokoło chrapali
z
dowódcą warty na czele
usiadł
na betonie
dobrze
żeś przyszedł mój bracie
może
ty mi odpowiesz
czy
ma sens to co robię
czy
zgodne jest to z
Ewangelią
świętą
jedni
mówią masz rację
drudzy żem bandyta
a
dusza woła
przemyśl
raz jeszcze
zastanów
się może nie tędy droga
a
we mnie wszystko kołuje
powiedz
choć słowo bo
oszaleję
a on mi pokazał swe ręce
skute
odmrożone
sybirskie
niezdolne do ukrojenia chleba
|
|
nie
wrócił na noc
choć
obiecał być na pewno
przed
dziewiątą
kolacja
czekała w kuchni
pasztetówka
na kartki
chleb
i dwa pomidory
mówił
że będzie uważać na siebie
że
po mszy zaraz
przyjdzie
do domu
tajniak
co strzelał do niego
miał
osiem naboi
i
w legitymacji puste miejsce
w
rubryce na odznaczenia
kwiaty na Grębałowie
zakwitły jak nigdy dotąd
choć wyrosły na cmentarzu
są znakiem nadziei
|
bezsilność
Staszkowi
i Andrzejowi
jak
Ci mam pomóc przyjacielu
zza
krat zza kolczastego drutu
co
przepoławiając rodziny
łączy
Chile z archipelagiem GUŁag
jak
ci mam pomóc przyjacielu
spod
policyjnego buta spod pałki
spod
pręgierza bagnetu i nahajki
bity
na komisariacie
oszukany
w szkole
otumaniony
zakneblowany
z
wydartym językiem
z
piętnem wroga ludu na czole
płynie
przez pokolenia potok krzywd
rzeka
straconych lat
zmieniają
się ustroje strach pozostaje
wiem
że ci nic pomóc nie mogę
weź
więc chustę od Weroniki
a
będzie ci bandażem i flagą zarazem
|
|
Fotoreportaż
dokumentujący strajki kwietniowo-majowe 1988 roku w ówczesnej
Hucie im. Lenina.
Zdjęcia
nigdzie dotąd nie publikowane.
©
Leszek Jaranowski

Przekaz
dla pracujących poza kombinatem

25.04.1988
godz. 14.30 os. Hutnicze
chłopaki
z „Hutnika” i „SW” powiesili transparent i
posypały sie ulotki

Pochód
1. majowy w kombinacie do bramy głównej

Pochód

Pochód

Pochód
(śp. Kazimierz Fugiel)

Pochód
(Halina - była suwnicową)

Pochód
(Halina - była też kolporterem)

Pochód

Pochód

Pochód

Pochód

Pochód

Pochód
Pochód
(S. Handzlik, M. Gil)
 Msza
w os. Kalinowym (Romanowski)
Msza
w os. Kalinowym
Msza
w os. Kalinowym
Msza
w os. Kalinowym
Msza
w os. Kalinowym (ulotki)
 Procesja
z os. Kalinowego w kierunku bramy głównej HiL
 Patrol
milicji w mieście
 Blokada
procesji przez Zomo. Obraz Matki Boskiej został „aresztowany”
 Koncentracja
sił w Nowej Hucie
 Koncentracja
sił w Nowej Hucie
 „Gołąbek
Pokoju”
(cdn)
|