po kliknięciu myszką 

na miniaturce zostanie 

ona powiększona

pam 001

pam 002

pam 003

pam 004

pam 005

pam 006

pam 007

pam 008

pam 009

pam 010

pam 011

pam 011b

pam 012

pam 013

pam 014

pam 015

pam 016

pam 017

pam 018

pam 019

pam 020

pam 021

pam 022

pam 023

pam 024

pam 025

pam 026

pam 027

pam 028

pam 029

pam 030

pam 031

pam 32

pam 033

pam 034

pam 035

 

wróć do strony

głównej

KAZIMIERZ ŁAPCZYŃSKI

Jest jednym z nielicznych działaczy podziemnej „Solidarności” z Nowej Huty, którzy zaraz po wprowadzeniu wolnego rynku założyli własny biznes.

Jeszcze w 1981 roku należałem do tych, którzy naciskali, aby "Solidarność" jak najwięcej zajmowała się gospodarką, wprowadzała do niej swoich ludzi – mówi Kazimierz Łapczyński, dziś 54-letni przedsiębiorca, dawniej działacz związkowy. – Gdyby więcej ludzi "Solidarności" zajęło się nie polityką, a naprawianiem gospodarki, to sądzę, żeby byłoby w Polsce znacznie lepiej – dodaje.

  

W szkole zawodowej nauczył się kowalstwa, a po wojsku zaczął pracę w Fabryce Silników Małolitrażowych. W maju 1976 przeniósł się do Zakładu Mechaniczno-Odlewniczego Huty im. Lenina. — Strajki sierpniowe tak bardzo nas nie zaskoczyły. W naszym zakładzie już od 1976 roku ciągle wrzało, były przestoje w proteście przeciwko kolejnym zmianom norm akordowych - wspomina Kazimierz Łapczyński.

Gdy tworzyła się "Solidarność", zakładał struktury związkowe w hucie. Najpierw był szefem "Solidarności" w Kuźni, a potem w całym Zakładzie Mechaniczno-Odlewniczym, największej jednostce nowohuckiego kombinatu metalurgicznego. Po wprowadzeniu stanu wojennego znalazł się w sześcioosobowym komitecie strajkowym Huty Lenina Gdy milicja spacyfikowała kombinat, a najbardziej znani liderzy hutniczej "Solidarności" zostali ujęci i trafili do obozów internowania lub więzień, wraz z trójką kolegów stworzył mocno zakonspirowany Komitet Ocalenia Solidarności (KOS), który kierował podziemnym związkiem w Nowej Hucie.

Gazetki i drukarnie

Przede wszystkim zależało nam wówczas na dotarciu do ludzi z niezależnym słowem i prawdziwą informacją – mówi Kazimierz Łapczyński. Organizował więc sieć podziemnych drukarni. Mieściły się one w okolicach Krakowa i były bardzo dobrze zakonspirowane. Gdy jedna z nich wpadła
i władza chełpiła się zwycięstwem nad podziemiem, natychmiast druk przejmowali inni. — W najbliższym numerze podziemnego pisma dawaliśmy rymowankę: „Tylko głupcy i mali myślą, że nas zlikwidowali" śmieje się Łapczyński.

W kwietniu 1982 był organizatorem pierwszej wielkiej demonstracji hutniczej (5 tysięcy osób), która ruszyła spod bramy huty po zakończeniu jednej ze zmian. — Pomyśleliśmy, że trudno jest atakować hutników wychodzących tłumnie z pracy – wspomina pan Kazimierz. Tradycja takich demonstracji sprzed głównej bramy Huty Lenina utrzymała się przez następne lata.

SB podejrzewała, że ma związki z podziemiem, ale nie potrafiła mu tego udowodnić.
W listopadzie 1982 dostał powołanie do wojska. Wraz z innymi solidarnościowcami na kilka miesięcy przydzielono go do Wojskowego Obozu Specjalnego nr 6 w Czerwonym Borze koło Łomży. — To było coś między obozem internowania a więzieniem - wspomina Łapczyński. Mieszkali w wagonach obitych deskami i eternitem, pobierano im odciski palców, wzywani byli na przesłuchania i namawiani do wyjazdu za granicę z biletem w jedną stronę.

Po powrocie z Czerwonego Boru musiał wycofać się ze struktur podziemnych. — Za bardzo esbecy za mną chodzili. Dla bezpieczeństwa tajnej działalności, podziemną pracę przejęli inni, o których esbecy nic nie wiedzieli - wspomina Łapczyński.

Teraz działał już półjawnie, chodził na nowohuckie demonstracje. Zajął się też pracą organiczną. Jeszcze w 1981 roku był jednym z założycieli Młodzieżowej Spółdzielni Mieszkaniowej Hutników działającej przy "Solidarności". Choć po 13 Grudnia związek był zdelegalizowany, jego działacze postanowili jednak wykorzystać istnienie tej spółdzielni. Sami wypalali cegły, lasowali wapno i w osiedlu Na Stoku zbudowali dla siebie trzy okazałe bloki. — Nauczyłem się wtedy murarskiego fachu – śmieje się Łapczyński.

Kowal robi w drewnie

Te doświadczenia przydały mu się, gdy z końcem 1986 roku rzucił hutę, bo nie miał tam szans ani na lepiej płatną pracę, ani na awans. Na zarobek wyjechał do Austrii, gdzie zatrudniał się na budowach. Pewnie by został na stałe, bo mając mistrzowskie papiery kowala, zaczął rozkręcać własną firmę metaloplastyki. Ale nadszedł 1989 rok, w Polsce zaczęły się przemiany – i postanowił wrócić.

Nie poszedł jednak do polityki, jak wielu jego kolegów. Wybrał gospodarkę. Chciał sprawdzić się na wolnym rynku, wykorzystując dolarowe oszczędności z pracy za granicą.

Na rynku było wtedy dużo drewna, którego nie miał kto przerobić. Wraz z wujem założył więc w rodzinnym Gruszowie pod Krakowem tartak. Maszyny kupował od upadających firm drzewnych — Jako pierwsi w Małopolsce zaczęliśmy używać pił stylitowych. Droższych, ale dających lepszą jakość i mniej odpadów – opowiada Kazimierz Łapczyński.

Gdy na rynku usług drzewnych zrobiło się ciasno, wybrał inny kierunek działalności. Teraz skupuje bale drewna na przetargach, przeciera je w tartaku i sprzedaje. Jego firma Drewex rocznie przerabia około 3 tysięcy metrów sześciennych drewna i należy do większych tartaków Małopolski. — To nie jest duży biznes, ale wystarczy na stabilne utrzymanie moich najbliższych oraz kilku rodzin pracowników - wyznaje dawny solidarnościowiec — Wymaga to ciągłego wysiłku, pracy po 10 -12 godzin dziennie, także w soboty – zaznacza.

Nauczył się, że w takim biznesie trzeba dbać o jakość wyrobów i ciągle liczyć koszty. — Zrezygnowaliśmy z własnego transportu, wynajmujemy go od specjalistycznej firmy, bo to jest znacznie taniej niż utrzymywać kierowców i samochody – tłumaczy szef Drewex-u. Nie zatrudnia też księgowej; korzysta z usług firmy rachunkowej. W Gruszowie dokupił ziemi, ma własny, dobrze prowadzony las.

Po wejściu do UE zaczęło u nas brakować surowca tartacznego, bo bardzo zwiększył się eksport polskich wyrobów. Po wiatrołomach z końca ubiegłego roku drewna generalnie nie brakuje, zwłaszcza że ze Słowacji importuje się mnóstwo niedrogiego świerka i jodły. Za mało jest jednak drewna liściastego, szczególnie wysokiej jakości dębu, buka, jawora – opowiada przedsiębiorca. Podkreśla, że polski przemysł drzewny coraz mocniej jest obecny na rynkach unijnych i jeżeli ten wzrost się utrzyma, to będziemy musieli więcej importować surowca do przerobu. Chyba że Lasy Państwowe zwiększą ilość pozyskiwanego drewna, a mają takie możliwości bez zachwiania równowagi biologicznej - zapewnia Łapczyński. Teraz zresztą Lasy Państwowe wysyłają duże partie nieprzerobionego drewna na Zachód. Tartaki z UE, głównie niemieckie, kupują je w Polsce nawet taniej niż lokalni odbiorcy.

Co daje satysfakcję

Od dziesięciu lat wraz synem prowadzi też zakład metaloplastyki, wytwarzając przecinaki do młotów pneumatycznych dla swojej dawnej huty. Czasem trafiają się ciekawsze zamówienia: na przykład modele 12 800 inskrypcji z nazwiskami ofiar Katynia, Miednoje i Charkowa. Wykonane były z drewna i plastiku, a następnie inskrypcje odlewano w nowohuckim Metalodlewie z żeliwa szarego.

Zawsze byłem optymistą i to mi pomaga w życiu. Chociaż na co dzień w biznesie jest jeszcze wiele barier, niejasnych przepisów podatkowych, to nie można nie zauważyć, jak przez te 16 lat Polska się zmieniła. Nie wszyscy chcą to widzieć – wzdycha Kazimierz Łapczyński.

Podkreśla, że polska gospodarka opiera się na 2,5 miliona małych i średnich firm. Ale ich właściciele działają w rozproszeniu. — Gdybyśmy się zorganizowali, moglibyśmy skłonić polityków do szybszych zmian w gospodarce, usunięcia barier hamujących rozwój.

Mimo pożegnania się ze związkowym ruchem, Kazimierza Łapczyńskiego nie opuszcza społecznikowska pasja. Chętnie pokazuje młodzieży swoje bogate zbiory ulotek, znaczków, podziemnych publikacji wraz z zachowaną do dziś biało-czerwoną opaską, jaką nosił na ramieniu na strajku w hucie. W Gruszowie, koło budowanego obecnie nowego domu chce też urządzić skansen ze starymi wiejskimi wozami, narzędziami i sprzętami, których zgromadził imponującą kolekcję. 

do góry >