BOGDAN WŁOSIK – PAMIĘTAMY

tak skandowaliśmy na każdej manifestacji po 13. 10. 1982 r.

 

 

Bogdan Włosik –  lat 20

Na początku lat osiemdziesiątych, śmierć wyszła na ulice Krakowa. 20-letni Bogdan Włosik był elektrykiem w Wydziale Walcowni Zimnej Blach HiL i uczniem 3 klasy technikum wieczorowego. Zginął 13 października 1982 r. zastrzelony przez funkcjonariusza SB Andrzeja Augustyna podczas demonstracji w Nowej Hucie. Morderca został w 1992 r. skazany na 10 lat więzienia, zwolniony po odbyciu połowy kary.

 

 

 

 

***

 

 

 

DOKUMENT

 

Sprawa Bogdana Włosika

Przemówienie oskarżycielskie w sprawie II Ds. 23/90/s i III K 67/91 

– dotyczącej postrzelenia śmiertelnego Bogdana Włosika.

 

Wysoki Sądzie!

 

(…) Nie sposób (…) przejść do omówienia ustalonego w sprawie na podstawie materiału procesowego, stanu faktycznego, pomijając okoliczności i atmosferę wydarzeń, w realiach których osadzony jest rozpatrywany czyn, mający miejsce 13 października 1982 r. W dniu tym, podobnie jak i w innych miesiącach, zapowiedziana została manifestacja robotników z kombinatu w Nowej Hucie. Z drugiej strony przygotowane zostają również na tę okoliczność odpowiednie siły i środki milicyjne, których zadaniem jest opanować zaistniałą sytuację. W konsekwencji dochodzi do bezpośredniej, konfliktowej konfrontacji tłumu z wyspecjalizowanymi do takich działań oddziałami ZOMO i ORMO. Działają też po cywilnemu funkcjonariusze b. milicji i Służby Bezpieczeństwa. Działania tych ostatnich polegają na penetracji okolic, mieszaniu się w tłum. Zadaniem ich jest obserwowanie zachowania się demonstrujących i informowania swoich przełożonych o ewentualnych zagrożeniach. Wytyczne dla nich są jasno sformułowane „działać tak, aby nie dopuścić do dekonspiracji”, zaś wszystkie siły milicyjne obowiązuje bezwzględny zakaz używania broni palnej. Zamieszki tego dnia trwają od przedpołudniowych godzin, dochodzi do blokowania ulic przed oddziałami ZOMO, budowania barykad, zrywania płyt chodnikowych, bruku, ustawiania ławek na drogach. Działania reagujących na to służb milicyjnych napotykają na jeszcze większy opór demonstrujących i ich zaciekłość. Dochodzi do usiłowania podpalenia pomnika Lenina – symbolu utożsamianego z tym przeciwko czemu ludzie występują. Atakiem demonstrantów padają samochody przewożące funkcjonariuszy ORMO, dochodzi do szturmu na budynek Komendy Milicji w Nowej Hucie. Padają ranni.

Zdarzenia te obserwuje oskarżony, a które jak później wyjaśnia „zrobiły na nim tak silne wrażenie, iż po powrocie do Komendy Wojewódzkiej Milicji przy ulicy Mogilskiej pobrał będący na jego wyposażeniu pistolet i ostrą amunicję”. W sposób świadomy łamie on obowiązujący wówczas zakaz posiadania w takich okolicznościach broni palnej, który wydany jest między innymi ze względu na: 1. obawę ewentualnej „dekonspiracji”, 2. że zostanie ona odebrana i użyta przeciwko funkcjonariuszowi, 3. wreszcie, że funkcjonariusz może nienależycie ocenić sytuację i użyć jej bezzasadnie. W tym czasie obowiązuje nawet zakaz posiadania przy sobie legitymacji przez funkcjonariuszy tajnych służb.

Oskarżony, uzbrojony czuje się jednak raźniej. Wraz z innymi funkcjonariuszami po godz. 17-tej skierowany zostaje w okolice trwających zamieszek w celu penetracji terenu przyległego do kościoła „Arka” w Nowej Hucie. Nie informując pełniących z nim służbę kolegów odłącza się, wchodzi na teren, który nie jest celem jego działania. Tutaj widzi jak dzieci przeszkadzają w naprawieniu uszkodzonych torów tramwajowych. Podchodzi do nich, rozmawia, nakłania do użycia benzyny. Wreszcie odciąga na bok kilkunastoletniego chłopca pod pretekstem dostarczania butelek z benzyną. W tym miejscu nasuwa się istotne pytanie, jak ocenić w świetle obowiązujących przepisów prawa takie zachowanie się oskarżonego? Podstępem, podżeganiem do przestępstwa, a może rutynowym wyuczonym i stosowanym działaniem? (…)

W trakcie oddalania się od kolegów prowadzony chłopiec orientuje się, iż padł ofiarą prowokacji, jak każde dziecko w takiej sytuacji płacze, stara się wyrwać prowadzonemu go mężczyźnie. Wówczas słyszy słowa: „milicja, nie waż się nawet pisnąć”. Płacz i prośby chłopca zwracają uwagę znajdujących się w pobliżu osób. Aby pomóc płaczącemu dziecku ktoś krzyczy: „łapać, gonić UB-ka”. Zdając sobie sprawę z dekonspiracji, oskarżony podejmuje próbę ucieczki. Używając przenośni w pełni adekwatnej do zaistniałej sytuacji, można by rzec, iż z „myśliwego stał się uciekającą zwierzyną”. Biegnie. Zachowaniem swym wzbudza zainteresowanie dwóch młodych mężczyzn, którzy spontanicznie z młodzieńczej ciekawości i chęci uczestniczenia w centrum jakichś wydarzeń, biegną w jego kierunku. W pewnym momencie rozdzielają się chcąc zamknąć drogę ucieczki biegnącemu. Tracą ze sobą kontakt wzrokowy. Słychać wystrzał, po chwili następny. Jeden z wcześniej biegnących w kierunku mężczyzny chłopiec upada na chodnik w miejscu, w którym stał w momencie oddania strzału. Strzały oddane zostały zza żywopłotu, skąd po chwili wyskoczył strzelający mężczyzna. Ucieka on w kierunku komisariatu w Bieńczycach. Tak przedstawiał się ogólny obraz tragicznego zdarzenia w dniu 13 października 1982 roku w Krakowie-Nowej Hucie.

Ciężko rannego młodego mężczyznę wezwana karetka pogotowia przewiozła do pełniącego w tym dniu ostry dyżur Szpitala Wojskowego w Krakowie. W trakcie operacji postrzelony mężczyzna umiera o godzinie 21.40. Z uwagi na obowiązujący stan wojenny postępowanie w sprawie śmierci Bogdana Włosika (który był ofiarą opisywanego zdarzenia) prowadziła Wojskowa Prokuratura Garnizonowa w Krakowie. Postanowieniem z dnia 31 stycznia 1983 roku zakończyło się ono umorzeniem z uwagi na niedopełnienie przestępstwa.

W ponad siedem lat później – 24 maja 1990 roku Prokuratura Wojewódzka w Krakowie podjęła umorzone postępowanie. Ujawnieni zostają nowi bezpośredni świadkowie ówczesnego zdarzenia: Jakub Łomnicki, Joanna Policzkiewicz, Dorota Walczukiewicz i Zbigniew Korytowski, którzy w trakcie przesłuchania podali nowe nieznane dotychczas fakty mające miejsce krytycznego dnia. Ponadto przesłuchany w obecnie toczącym się śledztwie świadek Krzysztof Midras przyznając, iż wcześniej jako osoba małoletnia w trakcie przesłuchania będąc pod wpływem stresu i obawy przed skutkami ewentualnej represji podpisał protokół , jednak dziś ma wątpliwości czy sformułowanie, które się w nim znalazło mówiące „o tłumie goniącym oskarżonego” – pochodziło od niego. Dzisiaj ma już pewność, że oskarżonego nie gonił tłum, było najwyżej 4 może 5 ludzi. (…)

Zarówno z zeznań świadka Jakuba Łomnickiego, który był osobą bezpośrednio obserwującą zachowane się oskarżonego Andrzeja Augustyna tuż przed oddaniem śmiertelnego strzału, oraz reakcji i zachowania się w tym czasie Bogdana Włosika, jak i świadków Joanny Policzkiewicz, Doroty Walczukiewicz i Zbigniewa Korytowskiego niezbicie wynika, iż Bogdan Włosik nie miał przy sobie żadnych kamieni, czy też butelek i nie atakował oskarżonego jak to sugerował w raporcie do swoich przełożonych, oraz złożonych wówczas zeznaniach. Świadkowie ci nie potwierdzili też wersji Andrzeja Augustyna, aby Bogdan Włosik wykonywał gesty i miał możliwość zaatakowania go. W oczywistej sprzeczności z sugestiami oskarżonego pozostają wreszcie wyniki opinii Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie, z których bezspornie wynika, iż oddanie strzału nastąpiło z odległości nie mniejszej niż 2-2,5 metra, lub nawet kilkunastu metrów. Z odległości takiej trudno Wysoki Sądzie wyobrazić sobie zadanie uderzenia, jeżeli jeszcze zważyć, że mężczyźni ci stali po przeciwnych stronach dzielącego ich żywopłotu. Jest to oczywiście niemożliwe. (…)

Dzień 13 października 1982 roku okazał się pechową, a raczej tragiczną trzynastką dla Bogdana Włosika mającego dopiero wejść w dorosłe życie mężczyzny. Człowieka spokojnego, koleżeńskiego, nigdy nie wchodzącego w konflikt z prawem. Uczącego się i pracującego, aby pomóc znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej rodzicom. Z opinii o nim wydanej przez kombinat w Nowej Hucie, gdzie pracował czytamy: „Posiadał wysokie kwalifikacje zawodowe, obowiązki wykonywał bez zastrzeżeń. Był pracownikiem zdyscyplinowanym, sumiennym. Taktowny, koleżeński o dużym poziomie poszanowania mienia społecznego. Brał czynny udział w pracach społecznych. Strona etyczno-moralna bez zastrzeżeń”.

Jak wielu młodych z natury wrażliwych ludzi obserwuje i idzie w pochodzie z demonstrującymi tego dnia kolegami z pracy w Nowej Hucie, o czym opowiada w godzinach popołudniowych owemu koledze po wyjściu z kościoła „Arki”. Jest pod wrażeniem niedawnych zajść . Siada z kolegą na ławce wypalić papierosa. W trakcie rozmowy słyszą z jednej strony odgłosy trwających w centrum Nowej Huty demonstracji, a drugiej odgłosy budowanej barykady na Rondzie Kocmyrzowskim. W kościele trwa jeszcze msza. Bezpośrednio przed kościołem panuje spokój, nie ma wiele osób. Ludzie modlą się wewnątrz. Dyżurujący księża pilnują, aby w tym czasie nie gromadzono się przed miejscem modlitwy. W pewnym momencie do siedzących na ławce Bogdana Włosika i Zbigniewa Korytowskiego dochodzi okrzyk „łapać, gonić UB-ka”. Początkowo, jak każdy na ich miejscu by to zrobił, obserwują skąd dochodzi głos. Widzą wreszcie biegnącą sylwetkę mężczyzny. Żadnych innych osób. Biegnący znajduje się obok bloku oznaczonego numerem 11 przy osiedlu Dąbrowszczaków. Nie wiedzą co się stało. Postanawiają rozdzielić się i zamknąć drogę ucieczki biegnącemu. Wyszli z kościoła. Nie mają przy sobie żadnych przedmiotów, którymi mogliby się wyrządzić uciekającemu krzywdę. (…)

Zgodnie z powziętym zamiarem zagrodzenia drogi i spowodowania zatrzymania się uciekającego mężczyzny, Bogdan Włosik kieruje się pod piątą klatkę mieszkaniową, zaś kolega biegnie w kierunku czwartej klatki bloku przed którym zauważyli biegnącego. Z uwagi na zapadający już zmierzch Zbigniew Korytowski nie widzi Włosika. Kiedy dobiegł do czwartej klatki bloku usłyszał huk wystrzału. Zatrzymał się. Wokół panowała cisza. Nie słyszał, aby ktoś biegł. Wraca więc i kieruje się tam gdzie wcześniej biegł Bogdan Włosik. Kiedy znalazł się na chodniku zauważył leżącego na nim kolegę. Widzi też teraz uciekającego mężczyznę, któremu wcześniej chcieli zagrodzić drogę. Uciekający po przebiegnięciu ulicy zwolnił krok i idąc spokojnie nie zwracał już uwagi na siebie. Jest opanowany, a więc działa z pełną świadomością. (…) O tym, że oskarżony w pełni zdawał sobie sprawę z sytuacji, w której użył broni świadczy i ten fakt, że w trakcie przekazania broni swemu przełożonemu Aleksandrowi Mleczko – na pytanie czy trafił kogoś – odpowiada „trudno było nie trafić”. (…)

Przedstawiony wyżej stan faktyczny stan faktyczny pozwala na wyeksponowanie następujących istotnych okoliczności:

- oskarżony Andrzej Augustyn wbrew obowiązującemu krytycznego dnia zakazowi, bez zgody i wiedzy swych przełożonych pobrał broń palną wraz z dwom magazynkami ostrej amunicji,

- samowolnie, wykraczając poza przydzielone mu zadania wszedł w rejon nie podlegający jego działaniu, podejmując interwencję zatrzymania chłopca i narażając się na ewentualną dekonspirację, a tym samym ewentualność użycia posiadanej broni. Licząc się więc z możliwością jej użycia, sytuację taką swoim zachowaniem, wbrew obowiązującym zakazom sam sprowokował,

- z pistoletu w pełni sprawnego technicznie, oddał strzał z pozycji stojącej do również stojącego po przeciwnej stronie żywopłotu Bogdana Włosika, będącego prawdopodobnie, jeśli uwzględnić kierunek wlotu pocisku zwróconego do sprawcy bokiem,

- strzał oddany został z odległości na pewno nie mniejszej niż około 2-2,5 metra lub nawet większej,

- oddanie strzału nastąpiło bez zachowania należytych wymogów bezpieczeństwa znanych oskarżonemu, w górne życiowo ważne części ciała, a powstałe w konsekwencji oddania strzału obrażenia były bezpośrednią przyczyną śmierci Bogdana Włosika,

- u oskarżonego Andrzeja Augustyna bezpośrednio po opisanym zdarzeniu nie stwierdzono obrażeń, które potwierdzałyby jego całkowicie odosobnioną wersję o zaatakowaniu go poprzez zadawanie mu uderzeń i obrzucanie kamieniami, a tym samym o zaistnieniu bezpośredniej, rzeczywistej i obiektywnej sytuacji uprawniającej go do użycia broni w ramach tzw. „obrony koniecznej”.

Przedstawione powyżej fakty wynikają bezpośrednio z przeprowadzonych w sprawie badań i opinii biegłych specjalistów. A więc dowodów materialnych. Z ustalonych zaś na podstawie zeznań bezpośrednich świadków okoliczności wynika z kolei, że:

- w pobliżu oskarżonego bezpośrednio przed oddaniem przez niego strzału nie było takich ilości osób, aby można było przyjąć, iż znalazł się on w bezpośrednim zagrożeniu „przed tłumem”,

- nie stwierdzono też agresywnego zachowania się w stosunku do oskarżonego osób znajdujących się w jego bezpośredniej bliskości, a w szczególności ofiary, która przed oddaniem strzału znajdowała się od niego w takiej odległości, że nie mogła go skutecznie zaatakować.

(…)

Jak więc to wykazano, skoro z ustalonych w sprawie okoliczności wynika, że brak jest elementów dających podstawę do przyjęcia obrony koniecznej, to nie można też mówić o jej przekroczeniu przez oskarżonego. Dlatego też mając na uwadze powyższe ustalenia dokonane w trakcie przewodu sądowego, które uzupełniły materiał zebrany w śledztwie - skutkując głębszą jego ocenę, modyfikacji wymaga konkluzja aktu oskarżenia poprzez przyjęcie, iż: - Andrzej Augustyn nie działał w obronie koniecznej z przekroczeniem jej granic, lecz oddając z broni palnej strzał do człowieka i mierząc w newralgiczne dla życia części ciała, przewidywał możliwość nastąpienia śmiertelnego skutku i na to się godził. Ocenę taką akcentuje fakt, iż oskarżony jako długoletni pracownik ówczesnej milicji był dokładnie przeszkolony w zakresie posługiwania się bronią i szczególnie dobrze znał skutki jej użycia.

(…) wnoszę o wymierzenie oskarżonemu Andrzejowi Augustynowi kary 11 lat pozbawienia wolności, pozbawienia praw publicznych na okres lat 5. Ponadto o podanie wyroku do publicznej wiadomości na koszt oskarżonego, oraz o zasądzenie kosztów i opłat sądowych.

 

Krzysztof Urbaniak

Prokurator

 

 ***

 

 

 

 

Irena i Julian Włosikowie

 

Julian Włosik:

Urodziłem się w 1931 roku w Krakowie. Jestem technikiem mechanikiem. Po ukończeniu szkoły w 1951 roku dostałem nakaz pracy do Nowej Huty, która była jeszcze wtedy w bu­dowie. Ze względu na brak obiektów produkcyjnych na terenie huty skierowano nas na praktykę do poszczególnych zakładów w całej Polsce. Trafiłem do Zakładów Maszyn Odlewniczych, Wag i Sygnałów Kolejowych przy ul. Cystersów. Potem wróciłem do Nowej Huty i pracowałem w niej do 1953, do rozpoczęcia służby wojskowej. Ponownie znalazłem się w kombinacie w 1956. Pracowałem na różnych wydziałach: w biurze konstrukcyjnym i w dziale produkcji, byłem kierownikiem warsztatów konstrukcji stalowych. W 1986 przeszedłem na rentę ze względu na stan zdrowia, od 1990 jestem na emeryturze.

Irena Wlosik:

Ja jestem trochę młodsza od męża. Wykształcenie mam średnie ogólnokształcące. Od 1953 pracowałam w Hucie im. Lenina na wydziałach: transportu kolejowego, stalowni konwertorowej i w oddziale remontów urządzeń socjalnych – U4. Od 1 września 1982 roku przeszłam na wcześniejszą emeryturę, ale później znowu podjęłam pracę w niepełnym wymiarze.

Julian Włosik: Bogdan urodził się w 1962 roku, był dzieckiem bardzo rozsądnym. Ze względu na mój ówczesny stan zdrowia, chciał pracować i jednocześnie się uczyć, dlatego ukończył zawodówkę, pracował w walcowni zimnej HiL i uczęszczał do technikum wieczorowego. Był już w klasie maturalnej, kiedy rozegrała się ta tragedia.

 

Irena Włosik: Mimo swojego młodego wieku był przekonany, że komunizm jest tak niesprawiedliwy, że musi upaść. Już jako dziecko przeżywał to, że matki nie mogły zostawać z dziećmi w domu. Musiał chodzić do żłobka, do przedszkola, do świetlicy. Ponieważ pochodzę z rodziny bardzo tradycyjnej, bo mój ojciec był legionistą i miał twarde zasady, według których nas wychowywano, starałam się także swoim dzieciom przekazywać takie wartości. Kiedy mieszkaliśmy na osiedlu Kazimierzowskim w Nowej Hucie naszą parafią były Bieńczyce. Braliśmy udział we wszystkich uroczystościach religijnych, nie tylko w niedziele, ale także w dni powszednie. Na majówki, oktawy ubierałam dzieci w krakowskie stroje. Po przeprowadzce na osiedle II Pułku Lotniczego należeliśmy do parafii w Czyżynach, ale Bogdan był tak mocno związany z kościołem w Bieńczycach, że dalej chodził do niego. Od początku bardzo zaangażował się w działalność „Solidarności”. Brał udział we wszystkich strajkach i pochodach zorganizowanych w walcowni huty, gdzie pracował.

 

Julian Włosik: Był elektrykiem walcowni zimnych blach już od 16 roku życia. Kiedy wprowadzili stan wojenny, został łącznikiem między komitetem strajkowym, a walcownią zimną. Nie było go trzy dni. Wrócił do domu dopiero po pacyfikacji huty.

 

Irena Włosik: Bardzo to przeżył, opowiedział nam wszystko. Nie spodziewał się, że tak ich rozbiją. Był przemęczony i zrezygnowany, ale się nie poddawał. Rozlepiał ulotki z portretem Wałęsy. Chodził na solidarnościowe manifestacje. Pamiętam jak szliśmy z mężem 13 sierpnia 1982 na nabożeństwo fatimskie do Bieńczyc piechotą z naszego osiedla, komunikacja MPK była wstrzymana. Zobaczyliśmy uzbrojone oddziały ZOMO, opancerzone samochody, armatki wodne. To zrobiło na mnie tak straszne wrażenie, że doszliśmy tylko do os. XX-lecia i wróciliśmy do domu. Już na następne nabożeństwa fatimskie nie wybieraliśmy się. Bogdana upominałam, żeby uważał, ale on mi mówił, żebym się nie obawiała, bo jak pójdą wszyscy razem to nic się nie stanie. Od 1 września 1982 roku już nie pracowałam i wcześniej cieszyłam się, że będę mogła spokojnie chodzić na nabożeństwa fatimskie, ale napięcie przed tymi manifestacjami było ogromne. Wtedy, w październiku, martwiłam się dodatkowo, bo dzień przed tragedią Bogdan miał w pracy mały wypadek. Spadł z drabiny i bolała go ręka, miał spuchniętą dłoń. Przyniósł kwaśną wodę do okładania. Spytałam go czy był u lekarza. Powiedział, że był i lekarka chciała mu dać zwolnienie, ale nie wziął, żeby móc iść na tę manifestację. Nie chciał, żeby koledzy uznali go za tchórza. Wieczorem zabandażowałam mu dłoń i rano poszedł do pracy. Jak się później okazało, w czasie drugiego śledztwa, znalazłam w jego książeczce zdrowia adnotację z pieczęcią od lekarza, że odmówił zwolnienia – 9 dni. Tak mu zależało, on to traktował bardzo poważnie.

 

Julian Włosik: 13 października o godz. 14.00 miał się rozpocząć przemarsz z huty do Arki, to był protest przeciwko delegalizacji „Solidarności” 1). Aby temu przeszkodzić, dyrekcja przedłużyła czas pracy do 16.00. Bogdan chodził wtedy do szkoły i udało się mu wyjść wcześniej, o 13.00.

 

Irena Włosik: W tym dniu nawet idących do szkoły nie wypuszczali wcześniej, ale on wziął przepustkę do lekarza i wyszedł.

 

Julian Włosik: Wziął udział w tym pochodzie, szedł wspólnie z innymi i niósł portret Wałęsy. Ruszyli spod kombinatu w stronę Arki. Pierwszy atak ZOMO i milicji z armatkami wodnymi i gazami łzawiącymi i ujadającymi psami miał miejsce już przy zalewie. Wówczas część ludzi poszła na plac Centralny. Tam znów ich rozproszyli. Bogdan wrócił pieszo do domu około 16.00. Był bardzo zmęczony, przesiąknięty gazem. Nas co prawda nie było w domu, ale była córka. Żona zostawiła mu obiad, po zjedzeniu którego udał się do szkoły.

 

Irena Włosik: Tak, wrócił zmęczony, przesiąknięty gazem i do tego mokry. Przekazał córce, żebym się nie martwiła. Pieszo poszedł do szkoły na os. Złotej Jesieni sprawdzić czy będą lekcje, bo nie chciał mieć nieobecności. Powiedział, że jak odwołają zajęcia, to pójdzie do kościoła na nabożeństwo o 18.00 i potem wróci do domu. Walki rozgrywały się od placu Centralnego do ulicy Kocmyrzowskiej, dalej do Arki był spokój, prawie nikogo nie było, tylko nieliczni przechodnie, mam wrażenie, że to esbecy. Trwało nabożeństwo.

 

Julian Włosik: W tym czasie też trwały walki w okolicy pomnika Lenina i placu Centralnego w odległości gdzieś 2 km od kościoła.

 

Irena Włosik: Myśmy wrócili do domu wieczorem. Przed dziennikiem ok. 19.30 zadzwonił dzwonek do drzwi. Zobaczyliśmy trzy osoby: jeden młody mężczyzna oraz dwie dziewczyny. Powiedzieli, że chcą nas zawiadomić, że nasz syn jest ranny w płuca. Ja mówię, że to jakaś pomyłka, to niemożliwe, bo syn poszedł do szkoły, a później do kościoła, a poza tym ja państwa widzę pierwszy raz. Syn nie miał takich koleżanek, ani takiego kolegi. Jak się okazało to byli studenci medycyny.

 

Julian Włosik: Jak Bogdan został ranny, to podał adres i nazwisko i prosił, żeby ktoś powiadomił matkę.

 

Irena Włosik: Później, już w sądzie, usłyszałam od zeznającego lekarza, który wiózł go karetką, że ciągle wołał pić, i że komuniści go wykończyli. Prosił też: „Pamiętajcie o mojej matce”. Ci studenci byli strasznie zmęczeni, bo przyszli spod Arki na nogach i prosili chociaż o szklankę zimnej wody. Dopiero wtedy do nas doszło, że to rzeczywiście jest prawda; mieliśmy nadzieję, że to tylko lekka rana. Od razu wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy.

 

Julian Włosik: Pojechaliśmy mimo tych trwających walk. Studenci nie wiedzieli, gdzie go pogotowie zabrało, ale mówili, że chyba do Nowej Huty, bo najbliżej. Nie puścili nas głównymi ulicami, objeżdżaliśmy przez Łęg, od strony Wisły, drugą stroną do szpitala Żeromskiego. Tam nam powiedziano, że go nie ma, bo wszystkich rannych po manifestacjach przewieziono do szpitala wojskowego na Wrocławskiej. Lekarka była bardzo uprzejma. Podała nam środki uspokajające i zadzwoniła na Wrocławską, czy syn tam jest? Powiedziano, że tak, ale żebyśmy nie przyjeżdżali, bo oni szykują się do operacji, i że możemy przyjechać rano.

 

Irena Włosik: Wróciliśmy do domu, mąż był już zupełnie wyczerpany (był po zawale). Zadzwoniłam do swojej siostry, która mieszka na osiedlu Strusia. Przyjechała z mężem i zabrali mnie na Wrocławską. Było już ok. 22.00. Tam stała warta wojskowa i absolutnie nie chcieli nas wpuścić. Zaczęłam krzyczeć, że moje dziecko kona, że muszę wejść. Wtedy usunęli się i przepuścili nas. Kiedy tam weszliśmy, wszyscy lekarze po operacji byli jeszcze w zielonych uniformach, w czapkach na głowie, a on leżał na korytarzu przykryty. Powiedzieli, że nie przeżył. Zmarł o 9.15 wieczorem na skutek ran wewnętrznych, przestrzelenia wątroby i śledziony. Był przytomny jak go przywieźli, ale skrajnie wyczerpany, zamroczony z powodu dużego upływu krwi. Przygotowali mu kilka litrów krwi do przetoczenia. Ja tak strasznie krzyczałam, lekarze podawali mi krople i pastylki. Jeszcze poprosiłam lekarza, żeby ksiądz mu dał ostatnie namaszczenie. Lekarze wszyscy byli bardzo przychylni poza jednym, który powiedział, że owszem, tu jest ksiądz katolicki, ale ponieważ jest wojskowy, to jego posługa jest nieważna i nie ma żadnego znaczenia. Szwagier pojechał szybko samochodem z powrotem do Bieńczyc po księdza, ale zanim wrócił, to jeden z lekarzy przywiózł księdza swoim samochodem, żeby Bogdan dostał ostatnie namaszczenie. Jak się później okazało, udzielił mu go też ksiądz z Arki, przed przyjazdem pogotowia. Jeszcze ubranie zabraliśmy do samochodu i przywieźliśmy je do domu. Jak przyjechaliśmy, to mąż się spytał: „i co, lepiej z Bogusiem?”

 

Julian Włosik: Potem dowiedzieliśmy się, że przygotowano salę operacyjną na „czerwonej chirurgii” przy Kopernika, gdzie pracował lekarz, brat ks. Podziornego, który interweniował w tej sprawie. Po krótkim zatrzymaniu się karetki pogotowia okazało się, że nie mogą go przyjąć i skierowano na Wrocławską. On raczej nie miał szans na przeżycie, bo esbek strzelał do niego z odległości 1,5 m z pistoletu P64, który nie jest do obrony, tylko do zabijania. Z takiej odległości pocisk rozrywa ciało. Ten esbek chciał go zabić. Po całym zajściu jego dowódca patrolu pytał się: „czy trafiłeś?” „Z odległości 1,5 m nie było szans nie trafić, tamten po strzale zwinął się, upadł.” Tak powiedział.

 

Irena Włosik: Śledztwo zaczęła prowadzić wojskowa prokuratura garnizonowa w Krakowie. Zabójcy do końca nie przedstawiono zarzutu zabójstwa. Przesłuchiwano go w charakterze świadka. Zaraz po zabójstwie zabrano go do szpitala, żeby mu się krzywda nie stała. Tam przeszedł wszystkie badania. Okazało się, że jest absolutnie zdrowy i zdolny do zeznań.

 

Julian Włosik: Lekarze stwierdzili, że jest zdolny do przeprowadzenia czynności procesowych, czyli może zeznawać przed prokuratorem. Ale jego nie zamknęli, tylko udał się do szpitala, gdzie przebywał około miesiąca.

 

Irena Włosik: Jak prowadzili to śledztwo, to oczywiście nie dopuszczono do sprawy naszego pełnomocnika. Mecenas Rozmarynowicz wielokrotnie domagał się dopuszczenia go do naszej sprawy. My też pisaliśmy w tej sprawie pisma, 19, 29, 30 listopada, 6 grudnia 1982 roku, 7 stycznia, 14 lutego i 9 maja 1983 roku, ale bezskutecznie. W związku z tym pozwolili nam zapoznać się z aktami w prokuraturze wojskowej. Chodziłam tam wiele razy. To było dla mnie bardzo ciężkie przeżycie. W aktach sprawy był włączony album zdjęć operacyjnych, musiałam to oglądać i było to coś niesamowitego. Byłam wystraszona, nie wiedziałam czy mogę robić notatki, czy tylko wolno mi czytać. Niemniej zapisałam wszystko, co uważałam za istotne. Odpisałam pierwszy raport sprawcy o użyciu broni z 13 października. Zeznawał, że on w tym dniu miał pod opieką kombinat, który operacyjnie ochraniał. W pracy był już od 6.30. Przypuszczamy, że Bogdan mógł go widzieć wcześniej, bo przecież tacy rzucali się w oczy. Esbek zeznawał, że w czasie manifestacji miał za zadanie wmieszać się w tłum, rozpoznawać i zapamiętywać prowodyrów, najbardziej aktywnych uczestników. W żadnym wypadku nie wolno mu było się zdekonspirować, ani nie wolno mu było mieć żadnej pałki, gazu, broni, legitymacji służbowej. Potem jak doszli do placu Centralnego, gdzie odbywały się zajścia w okolicach pomnika Lenina, to on pojechał na Mogilską. Tam zabrał z szafki broń. Później jego przełożony, Aleksander Mleczko zeznawał, że mu powiedział: „Nie wygłupiaj się, nie zabieraj broni” 2). Potem chodził od parku w Bieńczycach aż do kościoła, gdzie było zupełnie spokojnie, nic się nie działo, były tam tylko nieliczne osoby. Stały tam jeszcze dwa milicyjne auta, ale nieoznaczone, a trzech innych ubeków go ubezpieczało. Chodził również od strony ronda Bieńczyckiego w stronę kościoła, tam spotkał młodego chłopaka i powiedział mu, żeby podszedł, to da mu butelkę z benzyną do zapalania. Kiedy ten się zbliżył, złapał go za rękę, ale chłopiec zaczął krzyczeć „proszę mnie puścić”, co wywołało natychmiastową reakcję. Zaczęto krzyczeć „ubek, łapać go”. To są jego słowa z 13 października. Jeszcze prowadził go parę metrów, ale chłopiec się wyrywał, a es-bek zaczął biec w stronę bloku 11 na osiedlu Dąbrowszczaków.

 

Julian Włosik: On mówił, że stracił kontakt wzrokowy z ochraniającym go patrolem i zaczął uciekać w stronę Arki. Twierdził, że gonili go demonstranci. Według zeznającego świadka były to dwie lub trzy osoby i tak go gonili, żeby go nie złapać. Prawdopodobnie była to prowokacja esbeków i tak to trwało, aż do bloku 11. Bogdan był pod kościołem koło kiosku „Ruchu”, zobaczył uciekającego i jakieś odgłosy „łapać go”, więc szybko ruszył w jego stronę. Jak nam wtedy mówili naoczni świadkowie, on wskoczył w krzewy róż i bez żadnego ostrzeżenia oddał dwa strzały. Tłumaczył się, że Bogdan zamknął mu jedyną drogę ucieczki, co nie jest prawdą, gdyż po strzałach poszedł wzdłuż bloku 11. Ludzie krzyczeli, żeby łapać mordercę, ale już na skrzyżowaniu stały auta.

 

Irena Włosik: On powiedział, że Bogdan zastawił mu jedyną drogę ucieczki, że podniósł rękę do góry, a wtedy on musiał przykucnąć i strzelił z odległości nie większej jak półtora metra. To był raport o użyciu broni z 13-tego, a w zeznaniu z 21 października '82 już się poprawił. Mówił, że Bogdan miał kamień w ręce i chciał go uderzyć.

 

Julian Włosik: Później dowiedzieliśmy się dokładnie, że w godzinach wieczornych 13 października patrol SB stanowili: dowódca por. Aleksander Mleczko, z-ca naczelnika Wydz. V, zabójca kpt. Andrzej Augustyn, Marek Kowalski i kierowca samochodu na cywilnych numerach, którym poruszał się patrol. Sąd nie starał się ustalić jego nazwiska. Aleksander Mleczko stwierdził, że w patrolu w rejonie kościoła nie brał udziału, ponieważ uznał, iż z powodu spokoju tam panującego jego obecność jest zbędna, dlatego wrócił do samochodu zaparkowanego obok szpitala Rydygiera. Według zeznań zabójcy, Augustyna, ich patrol został wzmocniony przez funkcjonariusza SB Marka Janusza, i wszyscy trzej, w tym Kowalski, spacerowali z obowiązkiem wspólnego wzrokowego ubezpieczania się. W czasie incydentu z nieletnim chłopcem, któremu zabójca Augustyn oferował benzynę, po zdekonspirowaniu się zaczął biec. Był wtedy sam, ale swoich kolegów widział przed sobą; następnie wmieszali się oni w tłum. Według niego musieli słyszeć wołania „łapać ubeka”. Kowalski i Janusz twierdzili jednak, że nic nie wiedzieli ani nie słyszeli krzyków i strzałów. Nie wiedzieli, że coś takiego się wydarzyło, ale nie potrafili wyjaśnić, gdzie się w tym czasie podziewali. Prawdopodobnie to jego kumple pomogli mu w prowokacji, goniąc go i krzycząc „łapać go". W dalszym wywodzie zabójca podawał, że nie ujawnił faktu opuszczenia go przez kumpli w czasie pościgu przed przełożonymi, aby im nie zaszkodzić. Niewiarygodne, że przy popełnieniu zbrodni i takim przestępstwie jest tak wspaniałomyślny wobec swych kolegów z patrolu.

 

Irena Włosik: Dowódca patrolu Aleksander Mleczko powiedział, że w czasie wydarzenia siedział w samochodzie zaparkowanym obok szpitala Rydygiera, tj. ok. 400 metrów od komisariatu na os. Złotej Jesieni, a jeszcze dalej od kościoła Arka Pana. Po strzale otrzymał drogą radiową polecenie natychmiastowego stawienia się w komisariacie na Złotej Jesieni, gdzie udał się pieszo i po przejściu 100 metrów spotkał Kowalskiego, który o niczym nie wiedział i nie słyszał. Mieszkańcy bloku 11 osiedla Dąbrowszczaków mówili, że samochód – jasny fiat 125 z cywilną rejestracją – podczas nabożeństwa w Arce kręcił się cały czas w pobliżu miejsca późniejszej zbrodni, a zabójca po popełnieniu zbrodni przeszedł na przeciwną stronę jezdni i wsiadł do czekającego samochodu. Wymiar sprawiedliwości nie doprowadził do wyjaśnienia rozbieżności zeznań funkcjonariuszy SB i oskarżonego. Niemożliwe, że będąc na służbie w patrolu, gdzie obowiązywało bezwzględne wzajemne ubezpieczanie się, nie widzieli ani nie słyszeli, że jeden z nich zastrzelił człowieka. Ich przełożeni nie wyciągnęli żadnych konsekwencji służbowych wobec zabójcy i pozostałych. Wszyscy otrzymali zwolnienia lekarskie, a zabójcę umieszczono w przechowalni w szpitalu, gdzie wszystkie przeprowadzone badania świadczyły o jego dobrym stanie zdrowia. Po wyjściu ze szpitala przebywał dwa miesiące na zwolnieniu lekarskim. Naczelnik Wydziału V, Kościelniak, przełożony porucznika Mleczki i pozostałych, zeznawał, że po zabójstwie nie rozmawiał z oskarżonym, ponieważ nie było na to warunków: „w komendzie było ciemno na korytarzu”.

 

Irena Włosik: Zabójstwo nie było przypadkowe, lecz zaplanowane. Przed tragedią Bogdan mówił koledze, że wracając po południu z demonstracji był śledzony przez podejrzanego cywila do samego domu. Na rozprawie sądowej dowiedzieliśmy się, że na wprost naszych okien mieszka Marek Janusz, członek patrolu Augustyna. Skoro przed Arką panował spokój i na ulicy nie było wielu ludzi, a raczej kręcili się różni esbecy, to mieli na tyle czasu, aby ustalić miejsce Bogdana, wcześniej już śledzonego. Trudno mi dzisiaj powiedzieć – kto? Ale w tamtych latach mówili mi ludzie, że Bogdan wcześniej rozpoznał i zdekonspirował esbeka. Augustyn w tym dniu już po południu samowolnie zabrał pistolet do zabijania, ale nie poszedł w rejon, gdzie naprawdę toczyły się walki, a spacerował tam, gdzie był spokój i nic się nie działo. W ich zawodzie niedopuszczalne było zdekonspirowanie się w jakikolwiek sposób, a on to właśnie zrobił przed nieletnim chłopcem, a następnie dokonał zabójstwa. Dlaczego nie strzelał do rzekomo goniących go, nie chciał strzelać do swoich kolegów?

 

Julian Włosik: Tymczasem na drugi dzień po tragedii, 14 października koło południa, przyszedł do nas jeden esbek.

 

Irena Włosik: Ja od razu się domyśliłam, że to był esbek, bo był w takim płaszczu granatowym, ale uchyliłam drzwi. On mówi, że przeprasza, że w sprawie śmierci chciał złożyć kondolencje. Powiedziałam: „absolutnie nie, proszę pana, proszę opuścić mieszkanie”. Wobec tego powiedział, że chce z mężem jedno słowo zamienić. Mąż podszedł i też mu powiedział, że nie życzymy sobie, żeby przychodził.

 

Julian Włosik: Za tydzień odbył się pogrzeb Bogdana 3). Przez cały tydzień byliśmy wzywani na przesłuchania. Prowadził je mjr Jerzy Chwiałkowski, prokurator Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Krakowie 4), mówił, że musi wszystko dokładnie zbadać i dlatego do tego czasu nie może być pogrzebu.

 

Irena Włosik: Byliśmy na przesłuchaniu od razu następnego dnia rano. Ja na pewno byłam. Pytali mnie o wszystko, czy Bogdan, jak wychodził rano z domu, to się żegnał, czy jadł, czy się sam obudził, czy wiedziałam o tym, że działał. Oczywiście, że wiedziałam. Myśmy się bardzo bali. Byłam świadoma tego, że wszystko jest możliwe. Jak na przykład wróciliśmy z Wrocławskiej z tego szpitala wojskowego, to byłam tak roztrzęsiona, że się nie da opisać. Wszystkie ulotki, jakie miałam, wyniosłam jeszcze wtedy wieczorem. Córka chodziła do szkoły, też się bałam o nią. Byłam w szoku i nawet dopuszczałam takie myśli, że nas powieszą czy rozstrzelają. Na przesłuchaniu domagali się ubrania Bogdana, jako ważnego dowodu postrzelenia. Powiedziałam, że wyrzuciłam na śmietnik, bo było całe pokrwawione. W rzeczywistości te swetry były ukrywane. Dopiero po wznowieniu śledztwa w 1990 roku dostarczyliśmy je do Prokuratury. Tuż przed procesem ukazał się w prasie wywiad zabójcy 5), w którym mówił, że strzelał do osobnika, który był ubrany w jasnobeżowy sweter wytłaczany we wzory. Bogdan w takim swetrze był na manifestacji i tak go zapamiętał esbek. Natomiast został postrzelony wieczorem, kiedy był ubrany w sweter zielony i brązowy, w który wcześniej się przebrał. Wnioskujemy więc właśnie z tego, że esbek musiał syna zapamiętać z tej manifestacji przed południem albo jeszcze z kombinatu. On zresztą był na terenie kombinatu, miał pod osłoną kombinat, mógł Bogdana znać z widzenia. Mówił tak: „mam przed oczami tego, do kogo strzelałem, miał jasnobeżowy sweter z grubo wyrabianymi wzorami”. Jak ukazał się w prasie ten artykuł, to myśmy zabrali ten beżowy sweter do prokuratury i pokazali, że on jest czyściutki, a zielony i brązowy jest zlany krwią. W czasie trwania przewodu sądowego zaczęliśmy nadmieniać o tych swetrach, ale przewodnicząca sądu nie dopuściła nas do słowa i sprawa nie została wzięta pod uwagę. Mecenas Rozmarynowicz znalazł człowieka, który widział wszystko i zgodził się zeznawać. To było w okresie stanu wojennego w 1982 roku. Więc powiedziałam do mecenasa, żeby zrezygnował z tego. „Błagam pana na wszystko, ja przeżyłam taką tragedię i ja mam się przyczynić do tego, żeby druga matka przeżywała taką samą. Jeśli go nie zabiją, nie spowodują wypadku, to go wyleją ze studiów. On będzie miał życie złamane, ja nie mogę tego zrobić, bo nikt już życia mojego syna nie zwróci” – tak powiedziałam. Ostatecznie on zeznawał jak proces został wznowiony w latach 90., jako pierwszy świadek. Był bezpośrednio przy postrzeleniu Bogdana. Studenci mieli wtedy dyżury i w razie poszkodowania manifestantów mieli ich opatrywać. On właśnie podleciał razem z Bogdanem i był tylko kilka metrów od niego, na prawo, tak, że też mógł wtedy zostać trafiony.

 

Julian Włosik: Pogrzeb zorganizowaliśmy wspólnie z rodziną, oczywiście byli ludzie z kombinatu, wielu internowanych. Mszę św. celebrowało wielu księży z różnych parafii Krakowa, m.in. z Bieńczyc, Mogiły, Czyżyn, jak również ks. Stanisław Małysiak, obecny infułat. Przyszło tysiące ludzi, mamy zdjęcia, chyba ponad 20 tysięcy. Kiedy szliśmy w kondukcie pogrzebowym, podszedł do nas facet i powiedział, że Matka Boska też tak cierpiała, że straciła Syna jedynego. Wziął mnie pod rękę i tak między mnie i żonę się wpychał. Wtedy namacałem mu kaburę z pistoletem pod pachą i powiedziałem: „proszę w tej chwili odejść, bo pana zdekonspiruję i nie wiadomo, jaki będzie pana los”. Wyczułem kaburę, a żona nawet nie wiedziała, dlaczego ja mu tak mówię. Myśmy stale byli obserwowani na cmentarzu, bez przerwy stał samochód, patrzyli kto podchodzi do naszego grobu, kto składał kondolencje, czy my się nie spotykamy z kimś. Również w pobliżu naszego bloku na parkingu stał samochód z obserwującym cywilem. Jak się okazało, to naprzeciwko naszych okien mieszkał esbek, który był w tym patrolu z zabójcą. Mamy ich zeznania gdzie mieszka i okazuje się, że mieszkał naprzeciwko i miał widok naszego mieszkania, kto przychodzi, kto wychodzi. Opowiadał nam znajomy, że tuż przed tragedią stojąc przed kościołem obok kiosku, Boguś powiedział mu, że czuje dziwny lęk, ponieważ wracając z manifestacji do domu był śledzony przez esbeka w granatowym trenczu pod blok.

 

Irena Włosik: 30 stycznia 1983 roku umorzono sprawę po raz pierwszy. Później myśmy robili odwołanie i 30 marca uchylono to umorzenie, a 20 kwietnia 1983 roku umorzyła postępowanie warszawska prokuratura wojskowa. Z kolei 19 sierpnia 1983 roku wydali postanowienie o nieuwzględnieniu zażalenia na nasze umorzenie. Pisałam też do Jaruzelskiego i Kiszczaka. 16 grudnia 1983 roku Naczelna Prokuratura Wojskowa w Warszawie ostatecznie umorzyła śledztwo. Podczas całego śledztwa byliśmy bez pełnomocnika, mimo licznych naszych pism nie dopuszczono mecenasa Andrzeja Rozmarynowicza do akt śledztwa. Śledztwo prowadzone było bez naszego udziału. Od 3 czerwca 1983 roku jako nasz pełnomocnik występował mecenas Ostrowski, bardzo zacny człowiek. Oni nie chcieli dopuścić mecenasa Rozmarynowicza tłumacząc to tym, że on nie był obrońcą wojskowym, a myśmy mówili, że nie jesteśmy wojskowymi tylko zabójca, a przecież nie zabójca bierze sobie obrońcę tylko my, i on nas reprezentuje. Jeszcze go chcieli ukarać, pisali do naczelnej Rady Adwokackiej. Niecały miesiąc po pogrzebie przyszedł do nas jakiś mężczyzna, była siódma rano, myśmy jeszcze spali. Mąż otworzył drzwi. Powiedział, że chciałby z nami porozmawiać, ale mąż nie chciał się zgodzić, bo mieliśmy jechać na cmentarz. Robiliśmy to codziennie, nawet po kilka razy. A on mówi, że nie szkodzi i że zawiezie nas swoim samochodem. Chciałam się zgodzić, bo pomyślałam, że to może jakiś świadek, ktoś, kto wiedział, ktoś kto mi wróci moje dziecko, tak byłam przekonana. Wtedy zobaczyłam kawałek rękawa jego granatowego trencza i powiedziałam, że absolutnie nie, proszę nikogo nie wpuszczać, proszę wyjść. Na to on kazał nam być w domu przed południem, ponieważ muszą koniecznie z nami porozmawiać, ale sam nie może bo musi być jeszcze druga osoba. Byłam do niego źle nastawiona. Zapytałam, czy będzie przesłuchanie? On potwierdził, że takie małe i powtórzył, żebyśmy na pewno byli w domu. Nie jedliśmy jeszcze śniadania, mąż przyszedł ze sklepu i mówi: „ty widziałaś, co się dzieje? Wszędzie z krótkofalówkami, we wszystkich bramkach, przełączkach, pod sklepem samochody, z samochodów wyglądają”. Wtedy nie były jeszcze modne tak jak teraz komórki, miała je tylko milicja.

 

Julian Włosik: Tak, byli wszędzie, nawet przy naszym śmietniku i przed wejściem, w piwnicy i na strychu.

 

Irena Włosik: Byliśmy przerażeni, bo nie wiedzieliśmy co się dzieje, jakiś koszmar. Mieliśmy jeszcze kilka tych ulotek, jakieś tam dokumenty o „Solidarności", przepustki Bogusiowe. Włożyłam to do zamrażalnika. Mąż mówił, żebym wrzuciła do muszli, ale bałam się, że nie spłukam i mnie złapią od razu i zastrzelą. No gdzie to pozanosić? Goniliśmy od okna do okna, zażywaliśmy wszystkie możliwe lekarstwa, proszki, krople. Tak sparaliżował nas strach. Myślę sobie: może kogoś aresztowali, jakiegoś kolegę, i tu go przyniosą, powieszą, pokażą egzekucję albo co. Najgorsze rzeczy mi przychodziły, nawet niedorzeczne do głowy, co to może być. W końcu, przed 12, przyszedł ten ubek. Nie odzywaliśmy się, a on opowiadał o pogodzie.

 

Julian Włosik: O wszystkim i o niczym zaczął rozmawiać.

 

Irena Włosik: Pomyślałam sobie: co będzie to będzie, niech mnie zabiją, niech mnie zastrzelą. I w końcu on mówi, że nie przyszedł tu tak całkiem bez przyczyny, bo tu będzie wizyta premiera u nas. Premiera? Boże kochany, kto jest premierem? Po co ten Szałajda przyjedzie? On mówi, że przyjedzie Jaruzelski i Kiszczak 6). Zapytałam: a po cóż oni przyjadą? „No chyba mają prawo złożyć kondolencje, pani ich może nie wpuścić jak sobie pani tego nie życzy, ale oni tu przyjadą”. Zgodziłam się, ale bez żadnej telewizji.

 

Julian Włosik: Nie zgodziliśmy się na żadną telewizję, żadnych dziennikarzy, tylko na przekazanie kondolencji. Siedzieliśmy przy okrągłym stole, a ubek zaczął wymieniać kto przyjdzie: Jaruzelski, Kiszczak, dyrektor Huty Pustówka, sekretarz Gajewicz i profesor Kubiak. I w tej samej chwili zaczęli wchodzić, a telewizja już stała pod drzwiami i chcieli nagrywać wszystko. Ubek uciekł do kuchni jak oni weszli.

 

Irena Włosik: Był z nim mjr Palimąka, adiutant Jaruzelskiego, i jeszcze jakiś osobisty sekretarz, który pisał ręcznie. W kuchni leżał zeszyt z samymi wierszami solidarnościowymi. Myśmy siedzieli już tak struchleli.

 

Julian Włosik: Potem prasa napisała, że stół był przykryty białym obrusem i podaliśmy herbatę. To była nieprawda, nic nie daliśmy. Na telewizorze stało zdjęcie Bogdana. Jaruzelski je oglądnął i mówił, że podobny do mnie. Chciałem mu powiedzieć, że nie rozumiem jak do tego doszło, że ja też byłem w wojsku i uczyli mnie używania broni, ale on mi wszedł w słowo i nie dał dokończyć, że nie rozumiem jak z takiej bliskiej odległości można zastrzelić człowieka. Opowiadał o rozwarstwieniach w społeczeństwie. Wyszli po 10 minutach. Pytali czy nie potrzebujemy pomocy, proponowali sanatorium w Czechosłowacji.

 

Irena Włosik: Powiedziałam, że to co mamy nam wystarczy. Mjr Palimąka zostawił nam wizytówkę i numer telefonu, gdybyśmy czegoś potrzebowali. Chciałam ją wyrzucić, ale mąż zostawił. Już wtedy podali chyba przez radio, że była u nas ta wizyta. Zupełnie wymęczeni i przygnębieni poszliśmy do mojej siostry. Ona od razu oburzyła się, jak ja mogłam ich przyjąć? Opowiedziałam jej jak to było i włączyliśmy telewizor, bo była „Kronika krakowska”. Franciszek Palowski powiedział, że była wizyta u rodziców Bogdana i że jakoby my przestrzegamy wszystkich przed manifestacjami i apelujemy do rodziców, aby nie puszczali dzieci, bo może dojść do jakiegoś nieszczęścia 7). To ja tam u siostry chwyciłam za telefon i dodzwoniłam się do Palowskiego do telewizji i powiedziałam: „Proszę pana jak pan może takie potworne rzeczy mówić, to jest nieprawda! My nic takiego nie mówiliśmy. Czy to ma znaczyć, że mój syn był sam sobie winny i słusznie go zastrzelili? Nic podobnego nie miało miejsca”. A on powiedział, że bardzo mu przykro, ale dostał takie polecenie z Warszawy. Wobec tego mąż dał mi wizytówkę do Palimąki i zadzwoniłam do Warszawy. Powiedziałam, że jesteśmy bardzo oburzeni, że wygadują takie potworne kłamstwa. On wtedy przyrzekł mi, że w „Dzienniku” podadzą tylko, że była wizyta, bez żadnych komentarzy. I tak się stało. Chociaż tyle.

Z tego powodu od ludzi spotkało nas jednak dużo nieprzyjemności. Nie dziwię się, bo gdybym ja miała takie wiadomości jak oni, to też byłabym oburzona. Podszedł kiedyś do mnie taki znajomy pracownik stalowni konwertorowej i mówi: „Pani Irenko, zawiodłem się na pani, jak pani mogła coś podobnego uczynić, to się w głowie nie mieści. Kogo? Mordercę wyście w domu przyjmowali, herbatę na białym obrusie?”. Wyjaśniłam mu, że nic takiego nie miało miejsca, a on wtedy zapytał ile wzięliśmy za to pieniędzy?

 

Julian Włosik: Sąsiedzi na przykład pytali, kiedy się przeprowadzamy do tej willi, którą nam buduje Jaruzelski za kościołem. Może w dobrej wierze, może z ciekawości?

 

Irena Włosik: To były jednostki, ale niestety były. Ja się nie dziwię, bo jak zaszłam do siostry tego wieczoru i ona mówiła „jak mogliście coś takiego zrobić", to co się dziwić obcym ludziom. Takie było nastawienie i takie oburzenie na rząd, na wszystko, że tak reagowali.

 

Julian Włosik: Gdyby nas wcześniej uprzedzili o tej wizycie, to człowiek by może przeanalizował, przygotował się do tego. A oni działali z zaskoczenia.

 

Irena Włosik: Myśmy byli tak wykończeni, że nam było wszystko jedno. Myśmy myśleli, że nas powieszą. Tego się nie da opowiedzieć, co przeżywaliśmy i jaka to była tragedia. Przy zdrowych zmysłach człowiek by normalnie nie mógł snuć takich przypuszczeń, ale w takim zastraszeniu... Ciągle leżałam i płakałam. Stale czekałam, że ktoś zapuka do drzwi i powie, że go przyprowadzi, że on z grobu wstanie. Tak człowiek chce wierzyć, jak czegoś pragnie.

Przeżywaliśmy i przeżywamy śmierć dziecka. Przy każdej okazji, przy wszystkich świętach kościelnych, przy rocznicach, a przy świętach państwowych przede wszystkim jak maszerują, jak niosą sztandary, mnie stale przed oczami stoi, że on tego nie doczekał. Taki był pogodny, bardzo uczynny, pracowity, rzetelny. Miał dziewczynę. Moje serce nadal płacze, ale co mam zrobić, taki mój los.

W końcu dali nam spokój. Przychodził esbek, ten sam, który nas przyszedł zawiadomić o Jaruzelskim, mówił, żebyśmy nie rozpaczali, przecież tylu ludzi ginie w wypadkach samochodowych i że załatwią sprawę grobowca. Powiedzieliśmy, że nie potrzebujemy żadnego pomnika od nich, bo on i tak się nam należy z ubezpieczenia. Zabójca nie okazał najmniejszej skruchy. Po zabójstwie nadal pracował w SB, tyle, że nie na terenie kombinatu. W 1987 roku po 15 latach pracy przeszedł na „zasłużoną emeryturę” mając 40 lat. Widzieliśmy go na rozprawie. Z więzienia wyszedł po 5 i pół roku.

 

Julian Włosik: W 1999 roku dziennikarka Grażyna Starzak szczegółowo opisała jego pobyt w więzieniu 8), jak przebywał bez przerwy na przepustkach, nawet w nagrodę otrzymał półroczny urlop. Z naczelnikiem więzienia grał w brydża, w szachy. Trzy razy występował o przedterminowe zwolnienie. Sąd w Katowicach przychylił się po 5 latach. I nawet się do Międzynarodowego Trybunału zwracał do Hagi, żeby mógł wyjść. To mu odrzucili. Rzecznik praw obywatelskich prof. Zieliński zwrócił się do Najwyższego Sądu o rewizję nadzwyczajną, o uniewinnienie 9).

 

Irena Włosik: Rzecznik praw obywatelskich zarzucił rażącą niewspółmierność wymierzonej oskarżonemu kary pozbawienia wolności w stosunku do przypisanego mu czynu. Wniósł o zmianę zaskarżonego wyroku oraz obniżenie orzeczenia kary pozbawienia wolności do wysokości ustalonego minimum z artykułu 10).

 

Julian Włosik: W stanie wojennym nie było żadnej rozprawy, prokuratura garnizonowa umorzyła śledztwo i rozprawy nie było. Poza tym zabójca nie stawał jako oskarżony, tylko jako świadek zdarzenia. Zaraz po zajściu wszyscy z tego patrolu otrzymywali zwolnienia lekarskie. Jego przechowywali w szpitalu MO przy ul. Galla, to wszystko wyszło w procesie. Natomiast świadkowie, jeden, Kowalski był z Tarnobrzega, drugi, Marek Janusz, mieszkał w Krakowie. Jego zweryfikowali pozytywnie, nadal był w SB. Działał w IV Wydziale – do walki z Kościołem. Kowalski zeznał, że nieprawdę mówi zabójca. A on zapytał: „a komu ty żeś służył?” Ten wstał i mówi: „czyś ty był na wczasach, czy na patrolu?” Honor esbeka... Kiedy po wyroku nadal chodził swobodnie, ludzie tu dzwonili: co państwo na to? Zabójca nadal paraduje na wolności, a myśmy nie wiedzieli.

 

Irena Włosik: Po zamordowaniu syna esbek nadal pracował w SB spokojnie z tym, że nie w kombinacie. Tylko zmieniono mu rejon na Gazownię Miejską w Krakowie. Tam go chyba nie rozpoznali. Utrzymywali w tajemnicy. Cały czas był zdrowy. Nagle rozchorował się na serce, był niepoczytalny, gdy wznowiono proces. Jego koledzy wszystko załatwiali. Specjaliści psychiatrzy stwierdzili, że on mógł być niepoczytalny, bo miał histerie lękowe. Między innymi z tego powodu, że jak miał 7 lat to urodziła mu się młodsza siostra i on to bardzo przeżywał. To było jego podłoże histerii. I o czym tu mówić? A ja szemrałam pod nosem „błazny”, ale widocznie na tyle głośno, że sędzina usłyszała i zarządziła: „spokój!”

Uchwałą sejmu RP powołano tzw. komisję Rokity ds. wyjaśnienia zbrodni stanu wojennego. Na tej podstawie Wojewódzka Prokuratura w Krakowie wszczęła ponowne śledztwo 24 maja 1990 roku, 22 kwietnia 1991 rozpoczęto proces sądowy, 16 grudnia 1991 zapadł wyrok skazujący zabójcę kpt. Andrzeja Augustyna na 8 lat pozbawienia wolności, ale sąd nie nakazał odprowadzenia zabójcy do więzienia, mimo głośnych protestów osób będących na rozprawie. Pod osłoną policji opuścił on sąd i udał się do domu. Złożono apelację przez obie strony. 28 maja 1992 roku Sąd Apelacyjny w Krakowie wydał wyrok 10 lat pozbawienia wolności. Zabójca spokojnie opuścił salę sądową i przebywał dalej na wolności. Wieczorem 1 grudnia 1992 roku zadzwonił do nas starszy pan, który śledził proces sądowy i z oburzeniem powiedział, że widuje zabójcę jak przyjeżdża do swoich rodziców. Zdziwiłam się, że jest na wolności. Następnego dnia zadzwoniłam do przewodniczącego Wydziału III Karnego Sądu Wojewódzkiego w Krakowie, Rafała Kiety. Powiedział mi, że sąd dopełnił wszelkich formalności kierując sprawę do policji. Zadzwoniłam do Wojewódzkiej Komendy Policji; komendant stwierdził, że to nie takie proste zamknąć człowieka, bo trzeba mieć wolną celę w więzieniu, trzeba znać jego adres zamieszkania, żeby go doprowadzić. A ja wtedy: „proszę pana, a z kim pan rozmawia, z dzieckiem? Pan mnie takie rzeczy mówi? Jak to milicja nie ma jego adresu, nie ma miejsca? To wy dzisiaj stoicie ponad sądem? I tyle rozpraw, i czasu, i ludzi, i wy go rozgrzeszacie? Puszczacie go wolno? To jest wasz kumpel w takim razie. Ale proszę pana widzę że z panem nie dojdę do żadnego porozumienia, proszę mi tylko powiedzieć czy będzie dzisiaj zamknięty czy nie? Jeśli nie, to ja piszę pismo do Warszawy. Tu wszyscy ludzie są oburzeni, bo widzą, że on jest wolny”. Za jakieś dwie godziny, może trzy, zadzwonił do mnie pan Rafał Kieta, przewodniczący sądu, i powiedział, że dostał w tej chwili z policji wiadomość, że został zamknięty i osadzony na Montelupich. W tym samym dniu, ale trzeba było naprawdę usilnej interwencji 11).

 

Julian Włosik: Miał siedzieć 10 lat, a odsiedział niecałe 6. W tym artykule Grażyny Starzak wypowiadał się naczelnik tego więzienia, że to był idealny człowiek. Wszystkim pomagał, pisał prośby o przedterminowe zwolnienia więźniom. W brydża grał, w szachy. Korzystał z różnych przepustek, bo się bardzo dobrze sprawował, był wzorowym więźniem. Nawet z urlopu półrocznego skorzystał.

 

Irena Włosik: Największy nacisk kładliśmy na wychowanie dzieci. Dla nas dzieci były wszystkim. Z wielu rzeczy rezygnowaliśmy, żeby tylko dzieci wychować prawidłowo. W ciężkich warunkach to było, bo człowiek pracował. Ale wszystko dobrze szło, dzieci się bardzo dobrze uczyły. Tak cieszyliśmy się życiem. I wyrwali nam z życia to, co najdroższego.

 

 

 


1) 8 X 1982 sejm PRL zdelegalizował NSZZ „Solidarność”. 13 X 1982 o godz. 14.30 w proteście przeciwko tej decyzji spod bramy HiL wyruszył kilkutysięczny pochód, skandujący m.in. „Solidarność”, „Wypuścić Lecha”, „Niech żyje Reagan”. Ok. godz. 16.00 rozpoczęły się zacięte walki w okolicach placu Centralnego, milicja używała armatek wodnych i gazów łzawiących, zatrzymano 135 osób. Po zabójstwie Bogdana Włosika doszło do kolejnych manifestacji 14 i 15 października.

2) „Powiedziałem mu wtedy „ani się waż!" Jego słowa potraktowałem jako niepoważne, po­nieważ był zakaz zabierania broni na tego rodzaju akcje, a także ustne zalecenie niebrania innych środków przymusu". Zeznanie Aleksandra Mleczki, zastępcy naczelnika V wydziału krakowskiej SB, dowódcy patrolu. Zob. A. P a t u ł a, Zabił z nadgorliwości, „Czas Krakowski" 1991, 9 V.

3) Uroczystości pogrzebowe odbyły się 20 X 1982 na cmentarzu w Grębałowie.

4) Prowadzący śledztwo ppłk Jerzy Chwiałkowski w liście do „Czasu Krakowskiego" (2-3 V 1990) opisał w jaki sposób w 1983 roku śledztwo zostało umorzone. „Odmówiłem wówczas mojemu przełożonemu, wojskowemu prokuratorowi garnizonowemu w Krakowie płk. mgr. Jerzemu Drabikowi, napisania postanowienia o umorzeniu śledztwa, datowanego 31.01.1983 r. Postanowienie to, opatrzone moim nazwiskiem, napisał własnoręcznie płk. Drabik i polecił mi je podpisać (w świetle dekretu o stanie wojennym i art. 309 i 310 kk był to rozkaz, którego niewykonanie groziło karą pozbawienia wolności od lat 5 do kary śmierci włącznie), co też uczyniłem, nie mając innego wyjścia. [..] Już w chwili wszczęcia śledztwa płk Drabik zabronił mi stawiania jakiegokolwiek zarzutu popełnienia przestępstwa wobec sprawcy zabójstwa, kpt. Andrzeja Afugustyna] i polecił przesłuchać go w charakterze świadka twierdząc, że wymieniony używając broni palnej działał w tzw. obronie koniecznej. Wszelkie z mojej strony próby zmiany stanowiska płk. Drabika w tym przedmiocie okazały się bezskuteczne. Pociągnęło to za sobą dalsze konsekwencje, jak niemożność zastosowania względem kpt. Andrzeja Afugustyna] środków zapobiegawczych (areszt tymczasowy eta). Sam ustaliłem świadków, opisujących przebieg zajścia, w którego wyniku został śmiertelnie postrzelony śp. Bogdan Włosik..." Płk Drabik stwierdził, że powyższe stwierdzenia „mijają się z prawdą".

5) M. Bartosik, Mówi człowiek, który strzelał do Bogdana Włosika, „Czas Krakowski” 1990,

6) Wizyta odbyła się 12 X 1982. Jaruzelski przybył do HiL, złożył kwiaty pod pomnikiem Lenina i odwiedził stacjonujący w Nowej Hucie batalion ZOMO, gdzie „podziękował za dobrą służbę...”

7) W komunikacie PAP relacjonującym przebieg wizyty umieszczono kłamliwy fragment „Przewija się w toku tej rozmowy refleksja o podziałach tkwiących wciąż w społeczeństwie, podziałach także wśród rodzin i młodzieży, podsycanych przez wrogie Polsce siły, pchające ją w wir burzliwych zajść, w których wszystko jest możliwe".

8) G. Starzak, Morderca na wakacjach, „Dziennik Polski", 1999, nr 152.

9) Rewizja nadzwyczajna wpłynęła do Sądu Najwyższego 23 II 1994.

10) Sąd Najwyższy oddalił rewizję rzecznika praw obywatelskich prof. Tadeusza Zielińskiego, 8 VI 1994.

11) Andrzej Augustyn został osadzony w areszcie przy ul. Montelupich w Krakowie 2 XII 1992

(CDCzN – „Stan wojenny w Małopolsce – Relacje i dokumenty”)

 

 

 

 

kliknij na obrazku aby uruchomić

Kolega Jacek Boroń, z ówczesnej Agencji Fotograficznej Federacji Młodzieży Walczącej zmontował krótki film poświęcony śp. Bogdanowi. Zapraszam do oglądnięcia.


Drugi film, z corocznego „Biegu Włosika”.

 kliknij na obrazku aby uruchomić

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

wróć do początku   

 

 

wróć do galerii

 

 


© Leszek Jaranowski