Dzięki uprzejmości pana
Szymona Łukasiewicza z poznańskiej
Solidarności Walczącej możemy przeczytać
wspomnienie pisane po
latach przez Macieja.
Byłem
twórcą Poznańskiego Oddziału Solidarności Walczącej
Od listopada 1982 r. ukrywałem się, uciekłem z
więzienia, bo chciałem coś robić. Wiedziałem, że środowisko poznańskiej
Solidarności nie chce ze mną współpracować, gdyż uważali, że narażę ich na
niebezpieczeństwo, ponieważ byli oni świetnie zakonspirowani. (pismo
„Solidarności” wpadło 20.12.1982 r. z Pałubickim na czele. I wtedy okazało się, że wcale nie byli tak dobrze
zakonspirowani).
Po raz pierwszy byłem internowany 26.01.1982 r. Po
miesiącu udało mi się uciec i zacząć działać. (13.02.1982 r. odbyła się w
Poznaniu pierwsza duża manifestacja), ja chciałem włączyć się w robienie jeszcze
większej manifestacji. W tym dniu, podczas tej manifestacji został zabity
chłopiec. Po tym wydarzeniu podziemie poznańskiej „Solidarności” zastanawiało
się, co zrobić, aby nie dopuścić do manifestacji 13.03.1982 r.
Trafiłem
na peryferia „Obserwatora Wlkp.” o proweniencji solidarnościowo-intelektualnej.
Wiedziałem, że TZR „S” kolportował ulotki nawołujące do przyjścia pod pomnik,
byłem świadkiem takich rozmów. Później okazało się, że na mieście pokazały się
ulotki z różnymi godzinami (12.00, 15.00, 18.00), TZR „S” miał plany
przeciwdziałania. Według nich byłem wariatem, radykałem. Próbowałem coś robić na
własną rękę. Szukałem grup, grupek, robiliśmy akcje w biały dzień, np. pisaliśmy
na murach miasta „Solidarność żyje”, włamanie do jednego z biur i zabranie
powielacza
i maszyny do pisania (powielacz przekazałem „Solidarności”). Kolportowaliśmy
poznański „Tygodnik Wojenny”.
15.06.1982 r.
zgłosiłem się na UB i do Gębarzewa z powrotem – bezsens, strajki ludzi,
wyrzucanie z Warszawy. Wtedy jeszcze nie pomyślałem o tym, że trzeba robić
własną organizację. W lipcu
1982 r. zostałem zwolniony. Po wyjściu zająłem się nurtem działań
solidarnościowych. Organizowałem akcje druku i kolportażu ulotek. Ponownie
aresztowany zostałem dnia 26.08.1982 r. Od listopada 1982 r. wiedziałem, że nową
organizację trzeba budować od podstaw. TZR nie była radykalna, w ulotkach SW
jasno można było wyczytać,
że z tym systemem trzeba walczyć.
Ukrywałem się u Anny i Rafała Grupińskich, którzy byli najpierw
zaangażowani w „OW”, potem w „SW”. Załatwiali oni latem 1986 r.
5-6 tys. dolarów.
Podczas mojego ukrywania się zimą 1982/83 r. do Poznania zaczęły dochodzić pierwsze pisma SW poprzez Grzegorza
Schetynę, który przywoził dużo „ZDnD”. Pisma te odpowiadały mi, podobnie jak
miesięcznik „Niepodległość”. Dokonaliśmy kolejnych włamań
i ukradliśmy powielacze i maszyny do pisania. TRZ to było pewne środowisko nie
takie jak RKS.
Po raz pierwszy do Wrocławia przyjechałem w kwietniu
1983 r. przy pomocy Schetyny, wtedy byłem już zainteresowany działalnością
Solidarności Walczącej. 1 maja zostałem ponownie aresztowany, ale tym razem przypadkowo, podczas manifestacji.
Miałem wtedy przy sobie fałszywy dowód osobisty, odsiedziałem 48 godzin
i zostałem wypuszczony.
Włamaliśmy się też w Lesznie na początku sierpnia
1983 r. do Zakładu Naprawy Maszyn Biurowych Predom-ORG, wynieśliśmy wtedy
5 powielaczy i kilka elektrycznych maszyn do pisania, które trafiły do: Leszna,
Gorzowa, Wrocławia (dla „S”), a w Poznaniu zostawiłem dwa powielacze i maszynę
do pisania. W sierpniu 1983 r. było już w Poznaniu po amnestii.
Wcześniej, w lipcu i w sierpniu odbyły się dwa
spotkania z człowiekiem, który stał na pograniczu działalności SW i RKS-u.
Poruszaliśmy na tych spotkaniach kwestię powstania Poznańskiego Oddziału SW.
Człowiek ten powiedział mi o przysiędze i dał mi jej treść, z nim też umówiłem
się na przekazywanie prasy.
Pierwszy egzemplarz „SW OP”
został wydany 15.09.1983 r.
Był on robiony na podstawie „Naszej Wizytówki”. Na początku współpracowały ze
mną trzy osoby, większość osób, przez które
szedł kolportaż, nie wiedziały kto to robi.
Aresztowanie
Macieja
Pierwszy numer „SW” miał 4 strony, był formatu A5, kosztował
5–zł. Drukowaliśmy go na ramce, nakład 4000 egzemplarzy, ukazywał się co dwa
tygodnie, kolportowaliśmy różnymi kanałami. Z pieniędzy, które otrzymywaliśmy za
to, drukowaliśmy następne numery
„SW OP”. Pierwsze pieniądze z Wrocławia na naszą działalność przyszły w
listopadzie 1983 r.
Pierwsze numery „SW” redagowałem razem z Krzysztofem
Stasiewskim; w pierwszym numerze ukazała się informacja o powstaniu Poznańskiego
Oddziału SW. W następnych numerach drukowaliśmy komentarze, wezwania do
manifestacji na rocznice.
Już w którymś z pierwszych numerów krytykowano TZR za podnoszenie idei
porozumienia z władzą. Samego TZR-u staraliśmy się jednak nie atakować.
Od początku swej działalności podpisywałem się
pseudonimem „Stefan Bobrowski” – był to pseudonim przechodni. Do 1986 r.
SB nie wiedziała, kim jest ów Stefan Bobrowski (podczas aresztowania mnie w
czerwcu 1985 r. na „zewnątrz” nadal działał Stefan Bobrowski, w 1986 r. wiele
osób przesłuchiwano, zarzucając im, że działali pod tym pseudonimem. Oznaczało
to, że SB nie wie, kto nim jest).
Po amnestii 1986 r. ludzie zaczynali mówić prawdę.
W listopadzie 1983 r. poprosiłem przez kuriera o
spotkanie z kierownictwem SW (pojechałem z Szymonem Łukasiewiczem).
Na spotkaniu we Wrocławiu zostaliśmy zaprzysiężeni. Odbyła się pogadanka
ideologiczna, instruktaż, dostaliśmy 30.000 zł., ustaliliśmy stałe kontakty i
łączność awaryjną.
Redagowałem pismo „SW OP”, organizowałem druk,
kolportaż, przekazywałem informacje z Poznania, organizowałem radio, nasza
struktura dość szybko się rozrastała, była to struktura, w której było około
kilkunastu osób. Z 50% wartości „SW OP” wracało około
10.000 zł. Postawiliśmy na druk kalendarzy: w 1983 r. kalendarze „SW” na 1984 r.
Wydrukowaliśmy ich około 20.000 egzemplarzy, sprzedawaliśmy je po 100 zł. i
przyniosło to nam dość duże pieniądze. Operację taką powtarzaliśmy zawsze przed
Nowym Rokiem,
ale nigdy potem nie drukowaliśmy już tak dużo.
Od 7. numeru pisma przeszliśmy na powielacz (jeden z
ukradzionych w Lesznie), ramka jest bezgłośna.
W 1983/84 r. zostało zaprzysiężonych 10 osób, które
tworzyły trzon SW OP do końca jej działalności. Byli to m.in.: Szymon Jabłoński,
Szymon Łukasiewicz, ja. Obaj poprzedni mieli prawo do używania pseudonimu
„Stefan Bobrowski”.
Od 1984 r. „SW OP” stale się rozrastała, chociaż
zaczęliśmy zwracać coraz większą uwagę na jakość, nie na ilość. Wiosną 1984 r.
współpracowało z nami około 20 – 30 osób i cała nasza działalność kręciła się
wokół tych osób najbardziej zaangażowanych. Wokół nich było zaangażowanych
następnych 20 – 30 osób.
„SW OP” kolportowaliśmy w ten sposób, że
rozwoziliśmy po 50, 100
i 200 sztuk w różne punkty (chodziło o bezpieczeństwo) i drobny kolportaż
odbywał się już poza wewnętrzną strukturą SW. Ściśle przestrzegaliśmy konspiracji. Poza
Grupińskimi i jeszcze trzema osobami nikt nie wiedział, kto to jest Stefan
Bobrowski. Dopiero w latach 1986/87 zaczęło wychodzić na jaw, że jestem mocno
związany z organizacją SW i to, że Stefan Bobrowski to ja. Ja sam nie miałem
zbyt szerokich kontaktów.
W środowisku poznańskim chodziły pogłoski, że SW to
SB-cy,
dlatego, że podczas spotkań ZR Poznań, TZR i OW nikt nie wiedział, kto należy do
tej organizacji. Celowo nie kontaktowałem się ze zbyt dużą ilością osób.
Zarzucano mi, że pismo jest pisane złym stylem, a nie, że jest zbyt radykalne oraz to, że numery
pisma były w połowie nieczytelne.
Wielu ludzi traktowało SW jako radykalniejszą część
„S”, a nie jako osobną organizację. Duża ilość pieniędzy z wydawania pisma
wracała i dlatego najczęściej kolporterzy płacili za nie z
własnej kieszeni. W 1984 r. mieliśmy około 30 punktów obsługiwanych przez kilka
osób. Organizacyjnie funkcjonowało to bardzo dobrze. W czerwcu 1984 r.
przeszliśmy na sitodruk.
Byłem aresztowany w kwietniu 1984 r. Siedziałem w
areszcie
w Lesznie. Uciekłem i ukrywałem się do amnestii w 1984 r.
Na początku mieliśmy tylko jedną drukarnię, po
przejściu na sito uruchomiliśmy trzy i jedną, gdzie drukowano „Czas kultury”
oraz jedną, gdzie drukowano kalendarze i znaczki. W czerwcu 1984 r. wydaliśmy
pierwszą książkę, był to tomik wierszy Grupińskiego
„W ziemi cieniach” (500 egz.). Każda drukarnia sama odpowiadała za swoją pracę,
kolportaż. Każda dostawała kliszę i sama drukowała w 1,5 do 2 tys. egzemplarzy. Każda miała 15 – 20
autonomicznych własnych punktów (kolportażu). Kontakt z drukarniami był tylko w jedną stronę – od kierownictwa do drukarń. Ja
głównie przez ten cały czas redagowałem pismo. Z kolporterami staraliśmy się
mieć jak najmniej kontaktów, mimo że byli oni zaprzysiężeni. W SW OP nie było
działaczy sprzed 13.12.1981 r., więc po amnestii 1984 r. nie było ujawnień.
Takie przypadki były ciągle – ujawnienie się, ale nie sypanie wszystkich ludzi.
Po raz pierwszy spotkałem się z Kornelem Morawieckim w lipcu 1984 r. Zostałem
wezwany razem z Leszkiem Dymarskim, który wcześniej pisał do SW. Na tym
spotkaniu był również Andrzej Zarach. Kornel Morawiecki był zaskoczony, że SW OP tak sprawnie działa, a ja byłem zaskoczony
faktem, że Kornel Morawiecki o tym nie wiedział. Od tego czasu brałem udział w
zebraniach Komitetu Wykonawczego SW. Zebrania te rozpoczęły się jesienią 1984 r.
Spotykaliśmy się mniej więcej co dwa miesiące w składzie: Morawiecki, Zarach,
Kopaczewski, Bugajski, Kubasiewicz (która ściągnęła Kołodzieja), ja. Na tych
spotkaniach decydowano o linii najbliższej, o manifestacjach itp. Spotkania
te miały raczej charakter dyskusyjny, nie narzucano na nich jakichkolwiek
decyzji, były to spotkania wykonawczo-techniczne. Od lutego 1985 r. brał też
udział w tych spotkaniach Andrzej Kołodziej. Uważam, że de facto nie było
odrębnych spotkań Komitetu Wykonawczego, poza spotkaniami miast. Gdyby było
inaczej, to przedstawiciele miast musieliby przyjeżdżać częściej. Po spotkaniach
Kołodziej i Kubasiewicz rozjeżdżali się i chyba nie przyjeżdżali osobno. Gdyby
Komitet Wykonawczy wcześniej podjął jakieś decyzje, to na spotkaniach miast
upierano by się przy tych decyzjach. Najprawdopodobniej było jednak tak, że były
równoległe dwa lub trzy ciała decyzyjne, każde w trochę innej dziedzinie, które
spajał i koordynowali Morawiecki, Zarach, Myc, Myślecki. SW nie miała
jednoznacznie określonej struktury kierowniczej, była duża doza autonomii.
Po śmierci ks. Jerzego Popiełuszki dostaliśmy tekst oświadczenia od Kornela
Morawieckiego, że jest to morderstwo. W tym czasie RWE
i „S” nie mówiła o tym wprost. My zrobiliśmy ogromną akcję ulotkową przed
pogrzebem ks. Jerzego Popiełuszki, wzywaliśmy do manifestacji.
W październiku 1984 r. wydaliśmy pierwszy numer
dwumiesięcznika „Czas”, druk odbywał się na sicie, kosztował on 2000 zł. Był to
miesięcznik redagowany przez Włodzimierza Filipka, zamieszczaliśmy tam teksty o
myśli politycznej, bardziej otwarte. Było to pismo
AI SW, ale nie bezpośrednio SW. Filipek był człowiekiem związanym ze
środowiskiem KOR-owskim, był raczej radykalny. Do 1986 r. pismo
to wychodziło co 3-4 miesiące, częstotliwość spadała, ale zwiększała się
objętość.
Wiosną 1985 r. przeprowadzono wywiad z Markiem
Edelmanem – tematyka żydowska i II wojny światowej.
Pierwsza połowa 1985 r. to szczyt działalności i
popularności
SW OP: trzy niezależne drukarnie, 40 osób zaprzysiężonych, osoby zaprzysiężone
częściowo na etatach, drukowanie książki i fragmentów p. Zaremby „Rok 1920”.
Od aresztowań w czerwcu 1985 r., Jabłoński zaczął
się ukrywać.
W drugiej połowie 1985 r. nastąpił spadek działalności SW. Doszło do kilku
aresztowań członków SW OP, Jabłońskiemu było coraz trudniej się ukrywać. Od
jesieni tego roku zaczął maleć nakład naszego pisma, z 7 tys. egzemplarzy do 2-3 tys. Pismo nasze stało się miesięcznikiem. W 1986 r. „SW OP” zaczęto drukować
we Wrocławiu, w Warszawie wydanie usługowe Pawła Miklasza (brał za to
pieniądze).
Dwa lub trzy razy otrzymaliśmy pomoc finansową z
Wrocławia,
ale była to pomoc tylko okazjonalna, raczej egzekwowali oni pieniądze za
kalendarze. W listopadzie 1985 r. został aresztowany Szymon Łukasiewicz i
siedział on do kwietnia 1986 r., ja do września 1986 r.
Pogrzeb babci Macieja.
Po jego lewej stronie funkcjonariusz SB, skuty z Maciejem Kajdankami.
Na przełomie 1985/86 r. do naszej organizacji
przystąpiło wiele nowych osób, które nie do końca identyfikowały się z SW, a
były zdania, że warto, aby SW trwało nadal (Filipek, Jerzy Fiećko).
W 1986 r. Wrocław zerwał z nami kontakt, gdyż uważano tam, że nasze
środowisko jest mocno zinfiltrowane przez SB.
Jesienią 1984 r. wszedł w nasze struktury agent SB,
został on zaprzysiężony, miał swoją grupę ludzi, która drukowała i siatkę
kolportażową. Marek X zaszedł dość wysoko. Odkryliśmy go dopiero w czerwcu 1987
r. dzięki podsłuchowi (Jabłoński nie wpadł z kalendarzami, które miał w
samochodzie, nasłuch UB-cki go śledził. Jabłoński kalendarze otrzymał od Marka,
więc gdyby UB aresztowała Jabłońskiego, to podejrzenie padło by na Marka).
Przez Marka X było kilka wpadek w SW OP. Znał on
wszystkich kolporterów, którym dostarczał prasę, znał mnie i Jabłońskiego, choć
nie wiedział, jakie funkcje pełnimy. Z czasem jednak domyślał się, że są to
funkcje coraz ważniejsze, sporo wiedział na temat struktury organizacyjnej. W
1986 r. Marek miał jedyną działającą drukarnię, przez pewien okres czasu, gdyby
UB-cy wiedzieli, że jest to jedyna naszą drukarnia, to na pewno by uderzyli w
ciągu tych 3-4 miesięcy. Wcześniej było kilka takich rzeczy, które powinny nas
uczulić na Marka X (lekko się dopytywał). Ja byłem dla niego tylko łącznikiem.
Zadawał on dużo pytań, ale wszyscy je zadawali. Był nerwowy, słabszy psychicznie
ale inteligentny, popełniał zbyt małe błędy aby podejrzenie mogło od razu paść
na niego. SB przeceniała organizacyjnie SW i później było to dla nas duże
ułatwienie.
Marek X znał miejsca, w których aresztowane zostały
osoby z SW OP, czasem miał, na przykład, coś przekazać, a tu nagle człowieka
aresztują, choć zawsze jego wiedza i aresztowania były zawoalowane. Dopiero
retrospektywnie okazało się, że to człowiek UB. Numery naszego pisma drukowane
przez Marka X dochodziły do kolportażu. Kontaktowaliśmy się z nim przez filtry.
Prócz niego najprawdopodobniej w naszej organizacji nie było więcej UB-ków.
Rzeczą charakterystyczną dla SW OP było tworzenie
konspiracji
w konspiracji i mitologizacja.
Po amnestii w 1986 r. większość ludzi wycofała się.
Po wyjściu z więzienia zastałem w organizacji duże rozprzężenie. Wiele osób
uważało, że jesteśmy dobrze rozpracowani jako SW, i zadawali pytanie, czy warto
w takim razie coś robić. Starzy działacze
SW OP nie chcieli, abym zaczynał coś robić. Zacząłem więc sam drukować,
wmawiając, że robię to z innymi i po upływie pół roku wszystko odżyło.
Po moim aresztowaniu w czerwcu 1985 r. do Wrocławia
jeździł Jabłoński. Z czasem po moim aresztowaniu zaczęto ujawniać nazwiska
działaczy SW OP.
Kontakty zagraniczne zaczęli organizować Grupińscy,
wcześniej nie było takich kontaktów. Mieliśmy radykalniejsze pomysły, ale na
pomysłach się kończyło, teoretycznie nie wykluczano nawet użycia broni.
Oprócz „SW” drukowaliśmy i kolportowaliśmy też prasę
zakładową, prasę związkową, okazjonalnie drukowaliśmy też te pisma.
Przewagą „SW OP” było to, że pismo nasze ukazywało
się z dużą regularnością. „OW” stał się tylko pismem, był na wyższym poziomie
niż „SW”.
Sprawy programowe były dla mnie drugo-,
trzeciorzędne. Odbyło się parę dyskusji na ten temat, ale przeważały organizacja
i sprawy techniczne. Od jesieni 1986 r. próbowaliśmy nawiązać kontakt
z SW Oddział Toruń, coś dla nich drukowaliśmy.
Dowiedzieliśmy się, że w Pile działa bardzo prężna
grupa
SW i w grudniu 1985/86 r. nawiązaliśmy z nimi kontakt. Łukasiewicz przypadkowo
odkrył spotkanie ludzi z SW w Pile. Okazało się jednak, że cały oddział SW w
Pile jest zorganizowany przez UB. Ja byłem tam w styczniu 1985 r., zawiozłem im
500 egzemplarzy naszego pisma, a oni chcieli 5000. Po wyjściu z więzienia nie
ukrywałem się już. Chodziłem na towarzyskie spotkania poznańskiej opozycji. Tam
też spotkałem Pałubickiego. W 1988 r. zaproponował mi on, abym zrezygnował z
działalności w SW.
Od 1987 r. roku wydawałem pisma zakładowe np. „SW
ZNTK”,
„SW HCP” – cegielnia i inne.
Moje nazwisko stało się głośne raczej przez fakt
siedzenia w więzieniu, niż przez fakt mojej działalności. Robiłem więcej niż
struktury
„S” w Wielkopolsce, ale moje nazwisko nie było jawne, tak jak np. Pałubickiego i
innych, więc później nie mogłem wystartować w wyborach.
„Czas kultury” wydawali od 1986 r. Grupińscy.
Czasami kolportowaliśmy „TM”. Legenda SW działała siłą rozpędu. Dość regularnie
zajmowaliśmy się nasłuchem, spisywaniem numerów rejestracyjnych samochodów
UB-ckich (ponad 200 samochodów). Nasłuchy rozpoczęliśmy w 1986 r.
W 1984 r. mieliśmy możliwość wprowadzenia kogoś z
naszych ludzi do SB. Zrezygnowano z tego, uważając to za zbyt niebezpieczne.
Osobę tę próbowano zwerbować. Mieliśmy też elementy wywiadu.
Maciej Frankiewicz
„WOLNI I SOLIDARNI”
Środowisko poznańskiej Solidarności Walczącej pragnie podziękować Zbysławowi
Kaczmarkowi
za stworzenie dzieła upamiętniającego twórcę poznańskiej SW – naszego
przyjaciela
Macieja Frankiewicza i przypomnienia kilku kart z historii naszego oddziału.