Wspomnienie z aresztu – Zdzisław Bełczowski

W tym samym dniu, w którym stawiliśmy się w JW. 3466 w Czerwonym Borze w Stalowej Woli odbywały się uroczystości peregrynacyjne. Wzięło w nich udział około 50 tysięcy osób. Udział w nich brały delegacje z Częstochowy, Lublina i Rzeszowa. Trwały one od 5-6 listopada. W tym czasie w Kombinacie Przemysłowym Huty Stalowa Wola przy ulicy Eugeniusza Kwiatkowskiego nr 1 pracowało około 25 tysięcy osób i był on jednym z największych zakładów zbrojeniowych w Polsce.

Mnie już nie było dane uczestniczyć w tych uroczystościach bo w dniu 5 listopada 1982 roku wraz z kilkuset innymi trafiliśmy do Jednostki Wojskowej nr 3466 stacjonującej w Czerwonym Borze. Słynny to był pobór rezerwistów i nie tylko, bo byli i tacy, którzy wcześniej w wojsku nie służyli. Oczywiście żadnego ochotnika – wszystkich wcielono do wojska przymusowo, a niektórych nawet przywiozła WSW (Wojskowa Służba Wewnętrzna) zdrowych i chorych, ślepych, głuchych i kulawych. Armia potrzebowała każdego, wszak trwał stan wojenny i wróg tylko czyhał. Przynależność do nielegalnych struktur „Solidarności” było jedynym kryterium poboru.

 

10 listopada 1982 roku w całej Polsce szykował się strajk generalny ogłoszony przez podziemne władze „Solidarności”. Powodem wprowadzenia stanu wojennego była obrona zbrodniczego komunizmu i utrzymanie dominacji Moskwy w Polsce. Stan wojenny miał za zadanie zniszczyć „Solidarność” i bronić interesów PZPR-u i jej ludzi ściśle związanych z Kremlem.

 

Bunt – protest

10 listopada 1982 roku nasz pluton szedł jako ostatni na stołówkę. Za śpiewanie Roty i innych pieśni patriotycznych maszerowaliśmy bardzo długo, kilkakrotnie byliśmy zawracani i poddani mustrze. Zatrzymano nas i przypomniano, że w wojsku należy śpiewać na komendę i tylko piosenki przewidziane w śpiewniku wojskowym. Ja takowego śpiewnika na oczy nie widziałem nawet będąc w czynnej służbie wojskowej w latach 70-tych w Przemyślu. Gdy dotarliśmy do stołówki było tam pełno kanarów i ściągnięto całe dowództwo. Część żołnierzy pobrała posiłek, część nie pobrała. Ci co pobrali posiłek, w sposób demonstracyjny nie chcieli go spożywać. Czynili to w ten sposób żeby widzieli nasi koledzy. W tym czasie oficerowie zaczęli biegać między stolikami i pytać dlaczego jedzenie nie smakuje, sugerowali więcej przypraw, gotowi byli osobiście dolewać kompotu żeby tylko nie mieć kłopotu. Spisali kilka osób i dali sobie spokój.

Wieczorem około 21.30 przyszła po nas warta. Może zabraliby nas wcześniej, ale mieli problem z żołnierzami czynnej służby zasadniczej, którzy nie chcieli opuścić aresztu tłumacząc, że zostało im po kilka godzin do odsiadki. W tym dniu było nas pięciu bo przyjechał z Gdańska Marian Kokot i myśleli, że to on jest prowodyrem zajścia na stołówce. Po przesłuchaniu został zwolniony.

W areszcie w Czerwonym Borze były cztery cele i chcieli umieścić nas pojedynczo. Ze mną mieli problem – w celi, do której zostałem wprowadzony kojo było felerne. Po odpięciu go od ściany, jedna z dwóch nóg podpierających łóżko była niesprawna. Musieli więc mnie do kogoś dokooptować. Bardzo się spieszyli, aby jak najszybciej nas „zapuszkować” i w tym pośpiechu nie sprawdzili z jakich regionów kraju pochodzimy. Dzięki temu niedopatrzeniu znalazłem się w jednej celi z Jurkiem Lasem. Z „Solidarności” Regionu Ziemi Sandomierskiej było nas trzech; ja i Maciej Belina ze Stalowej Woli, Jerzy Las z Sandomierza. Ryszard Kuczera był z Lublina.

Razem z Jurkiem doszliśmy do wniosku, że z naszego pobytu w celi powinniśmy coś pozostawić. Zabraliśmy się więc do pracy. Jeden stał przy klapie w drzwiach i zasłaniał „lipo”, a drugi pilniczkiem do paznokci rył na ścianach i parapecie hasła solidarnościowo-niepodległościowe. Parapet był wysoko, więc jeden drugiego musiał podsadzać. Rano wartownik wyprowadził nas na korytarz, na papierosa zanim pojawi się świta bo palenie w areszcie było zabronione. Podczas rozmowy z nim uzyskaliśmy bardzo ważną informację, że Breżniew nie żyje. Wiadomość ta sprawiła mi wielką radość, poczułem się jak nowo narodzony. Nie przejmowałem się w tym momencie grożącym mi wyrokiem, czy będę siedział, czy też nie. Najważniejsze było, że tawariszcz Breżniew pagib. Rozważałem: jeżeli nas „zapuszkują” aby zastraszyć pozostałych w obozie, to po jakimś czasie musi przecież dojść do zmian na lepsze, bo gorzej już nie może być. Wieczorem zabrano nas z aresztu w Czerwonym Borze i przewieziono do aresztu garnizonowego w Białymstoku. Zdziwiliśmy się mocno podczas ładowania nas do Stara bo na osobę konwojującą wyznaczono dowódcę mojego plutonu. Jechaliśmy „Starem” z plandeką, a na pace siedzieli i pilnowali nas uzbrojeni w karabiny i ostrą amunicję żołnierze z czynnej służby wojskowej. Każdy z nas miał swojego opiekuna. Kazano im w razie ucieczki strzelać. Jechali z nami też żołnierze, którzy udawali się na urlop lub przepustkę bo niby z Białegostoku mieli lepsze połączenia. Po dojechaniu na miejsce i zapakowaniu nas do cel przeżyłem koszmar. Okazało się, że warunki były dużo gorsze niż w areszcie w Czerwonym Borze. W celach hulał wiatr, było zimno, dziury w ścianach przy podłodze, a grasujące szczury wyglądały jak wypasione koty. Przesłuchiwany byłem kilka razy. Przyszła też wiadomość z aresztu w Czerwonym Borze, że w tamtejszych celach wykryto nasze hasło solidarnościowe. Sprowadzono więc do aresztu grafologa. Co jakichś czas zabierano nas do grafologa, siedziały i inne „typki”. Rozdawano nam kartki papieru i kazano pisać hasła. Pisaliśmy po kilkaset razy. Robiono nam przerwy i wyprowadzano z Sali, a po jakimś czasie znów zaganiano na salę do pisania. Trwało to parę godzin. Szkoda tylko było naszego czasu bo praca grafologa poszła na marne i nic nam nie udowodniono. Z aresztu do prokuratury wojskowej na przesłuchanie prowadzono nas między blokami skutych po dwóch, tak aby każdy widział jak się junta Jaruzelskiego obchodzi z niepokornymi.

Dziś to wszystko śmiechu warte, ale wtedy groziło mi więzienie od trzech lat w zwyż. Władza chciała nam zafundować proces pokazowy, by zastraszyć kolegów w obozie. Na przesłuchaniu w prokuraturze podprokurator ppor. Leszek Parzych starając się wyciągnąć ode mnie nazwisko prowodyra całej akcji zastraszał mnie: przy dobrych układach możecie dostać „czapę” – karę śmierci. Nie zapominajcie, że obowiązują przepisy stanu wojennego, a sprawa odbywać się będzie w trybie doraźnym. Z aresztu garnizonowego przetransportowano nas do aresztu śledczego w Białymstoku. Tam pobrano nam odciski palców, a następnie oddaliśmy do kasy wszystkie pieniądze, które mieliśmy przy sobie. Miały one być przeznaczane na tzw. „wypiskę”, na zakup „cwaniaka”, cebuli, jabłek i papierosów. Tylko tyle w tym czasie można było dostać. Pobraliśmy z magazynu koc i ze „zdrowego aluminium” miskę, garnuszek i łyżkę. Zabrano nas na „dołek”. „Sieczkarnie” – cele przejściowe. Każdego z nas do innej, a po kilku dniach „pod cele”. Co jakichś czas wzywany byłem na rozmowy do smutnego faceta „wychowka” – wychowawcy. Pewnego razu tak buzowali „czaj” w celi, że popalili żarówki. Wychowawca zaraz wezwał mnie na rozmowę podejrzewając, że coś kombinuję. Po tej rozmowie zostałem przeniesiony do innej celi.

W obozie w czerwonym Borze tak pewni byli, że będziemy siedzieć, że przyjechali z naszymi ubraniami cywilnymi by je wymienić na mundury. A może obawiali się o nasze zdrowie, że na spacerniku gotowi jesteśmy się przegrzać w tych wojskowych „bechatkach”. Mundurów naszych im nie wydano bo nie byliśmy jeszcze po wyroku i musieli odjechać z niczym.

Na współwięźniów nie miałem co narzekać. Dzielili się ze mną wszystkim. Nawet małolaci, którzy mieli lepszą wyżerkę chcieli się zamienić ze mną porcjami. Solidarność była widoczna na każdym kroku również i w więzieniu.

cdn.

 

powrót

do strony głównej