po kliknięciu myszką 

na miniaturce zostanie 

ona powiększona

pam 001

pam 002

pam 003

pam 004

pam 005

pam 006

pam 007

pam 008

pam 009

pam 010

pam 011

pam 011b

pam 012

pam 013

pam 014

pam 015

pam 016

pam 017

pam 018

pam 019

pam 020

pam 021

pam 022

pam 023

pam 024

pam 025

pam 026

pam 027

pam 028

pam 029

pam 030

pam 031

pam 32

pam 033

pam 034

pam 035

wróć do strony

głównej 

 

STALOWA WOLA

Andrzej Barwiński

Jerzy Kopeczek

Marian Tofil

***

Maciej Belina

***

Zdzisław Bełczowski

***

Waldemar Dziura

***

Wiesław Główka

***

Kazimierz Maczurad

***

Leszek Mazur

***

Józef Pietroniec

***

Zdzisław Rutkowski

***

Ryszard Sianożęcki

***

Wiesław Wojtas

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Stalowa Wola – wspomnienia z Czerwonego Boru

  Najpierw przepychanki w RKU. Bezwzględnie nie respektowano żadnych dokumentów (np. zaświadczenia lekarskie), które mogłyby odwołać nakaz wyjazdu do Czerwonego Boru do Wojskowego Obozu Specjalnego nr VI, oficjalnie na ćwiczenia wojskowe w jednostce JW 3466. W efekcie w obozie byli inwalidzi, ktoś w gipsie do pasa, ktoś bez palców u prawej ręki...

Na początku listopada musieliśmy jechać. Na dworcu w Stalowej Woli wszystkie światła były wyłączone, żeby nie było widać tych, którzy nas odprowadzali, albo żeby nie było wiadomo ilu nas jedzie. W nocy przesiadka w Warszawie i rano dotarliśmy do Zambrowa. Część samochodami pojechała do Czerwonego Boru, część odmówiła jazdy samochodami i dotarła wieczorem. Ci zakwaterowani zostali dopiero następnego dnia – noc przespali jeszcze w cywilnych ciuchach.

   Obóz składał się z drewnianych baraków (stare wagony). Na skraju był pawilon z umywalkami, prysznicami i ubikacjami. W baraku spało 16 osób. Była też koza – piecyk żelazny, który ogrzewał nas nocą. W dzień, kiedy chorzy zostawali w barakach, ścigali nas za palenie w piecyku. Kiedyś jeden z poruczników (dowódca plutonu) zalał rozgrzany piecyk wodą, aż pękła blacha. Chłopcy straszyli go potem, że doniosą, że zniszczył mienie wojskowe.

   Większość tej naszej kadry bała się wszystkiego. Zresztą na początku powiedziano im, że to przyjeżdżają „niebieskie ptaki” z pod budki z piwem. Dopiero gdy na pierwszym apelu kilka osób zaprotestowało, kiedy mjr Braja zaczął wymyślać nam od obiboków, zorientowali się, że to nie tak. I dopiero wtedy dowiedzieli się, że to SB zesłało działaczy Solidarności, żeby spacyfikować podziemną działalność.

   Obóz dookoła był obstawiony. Przejść na wszystkich ścieżkach pilnowali żołnierze ze służby czynnej.

   W sumie w obozie było nas ok. 450 osób: 4 kompanie po 4 plutony.

Były osoby bez przysięgi wojskowej, byli ludzie po przysiędze bez stopni wojskowych i podoficerowie. W trakcie zorganizowali nawet przysięgę. Ponieważ bali się, że nikt nie zechce składać przysięgi całą „uroczystość” filmowano.

   Zaczęło się od strzyżenia. Pierwsza grupę ogolono na łyso. Wyszliśmy wtedy wszyscy na drogę i zaczęli śpiewać piosenki antyjaruzelskie. Dowództwo dziwnie zmiękło i obiecali dalsze strzyżenie nożyczkami. Tak się też stało. Jednak ostrzyżone zostały wszystkie głowy oraz zgolono wszystkie brody (nawet jeśli w książeczce wojskowej było zdjęcie z brodą). To taki pierwszy akcent demonstracji pod hasłem: „kto tu rządzi”. Zresztą, zwłaszcza początkowo, regularnie demonstrowali siłę. Przeganiano nas (część z chorymi nogami w tenisówkach) przez śnieg do garnizonu i regularnie próbowano straszyć konsekwencjami „za wszystko”. Przykładowo nasza prośba o zgodę na uczestnictwo w niedzielnej Mszy Św. skończyła się groźbami i spisaniem zgłaszającego tę inicjatywę.

   W trakcie pobytu dwa główne zajęcia to musztra i budowanie drogi do nikąd. Drogę budowaliśmy z piasku, na podłożu z piasku. Miała być żwirowa, ale nie dowieźli żwiru, tylko piasek.

   Na musztrę gonili każdego, kto się rusza. Część w wojskowych butach, a część ze względu na zwolnienia lekarskie w związku z uszkodzeniami stóp, maszerowała po śniegu w tenisówkach. Chodzenie do lekarza i staranie się o zwolnienia to była też jedna z naszych form protestu.

   Oprócz tego próbowali nas „prostować” politycznie. Kpt. Górski (przynajmniej takie nazwisko tam podał), oficer polityczny, organizował nam pogadanki. Początkowo ustaliliśmy, że w ogóle się nie odzywamy. Po pewnym czasie zdecydowaliśmy się z nim dyskutować. Efekt był taki, że szybko tracił rezon i błyskawicznie kończył zajęcia. Zganiali nas też na Dzienniki Telewizyjne. Wchodziło się drzwiami, wychodziło oknami – byle zapisali nam obecność.

   Wiele było jednorazowych inicjatyw, co świadczy o tym „jakie to były ćwiczenia wojskowe”. Tylko raz, jednemu plutonowi zrobiono strzelanie. Podawali pojedynczym osobom jeden nabój i dopiero po wystrzeleniu tego pierwszego – dawali drugi.

Jeden pluton uczyli stawiać miny, a dokładniej atrapy min. Dowódca mówił o nich dziwnie z rosyjska „siurpryznaja mina”. Chłopcy zakopali mu dwie z nich i nie mógł się rozliczyć z magazynem. Najpierw straszył, nie puścił ich na kolację, a w końcu zaczął prosić, że będzie miał kłopoty. Dali mu.

   Próbowali tez zrobić z nas saperów. Raz podkładaliśmy ładunki. Duża część ładunków nie odpaliła, bo kiedy trzeba było je odpalać, już dawno ich tam nie było. Potem przydały się gdzie indziej.

   To może brzmi trochę rozrywkowo, ale tak naprawdę nie było tak wesoło. Wieczne rewizje, „kipisze” w barakach. Potrafili nas wyprowadzić na padający deszcz ze śniegiem i kazali rozbierać się do naga. Brali po 5 osób i przetrząsali im wszystkie rzeczy. Potem dopiero pozwolili się ubrać.

   Zdarzało się, że wyciągali pistolety z kabury i grozili. Raz na zbiórce, kiedy jakiś porucznik wyciągną pistolet, jeden z nas (zwolniony potem wcześniej do domu ze względów psychiatrycznych) wyrwał mu ten pistolet i chciał go pobić. Nie doszło do tego, ale za zwymyślanie porucznika kilka osób zostało ukaranych. Komuś przy tej okazji cofnięto przepustkę, którą dostał na wyjazd na Święta.

   Na początku nie było możliwości ani otrzymania przepustek, ani odwiedzin. Potem kilka osób dostało przepustki. Oczywiście przed wyjazdem musieli zaliczyć wizytę u politycznego, który jasno i wyraźnie dawał do zrozumienia, że za tę łaskę, powinni podjąć współpracę.  Po śmierci Breżniewa nasilili represje, bo nie chcieliśmy czcić komunistycznego dowódcy, ale to tylko krótkotrwałe groźby.

Zelżyło dopiero po Nowym Roku.

   Na każdym kroku starali się nas dyscyplinować i represjonować. Oczywiście też nie pozostawaliśmy dłużni. Kiedy kazali nam spiewać, jak prowadzili nas na posiłki, to śpiewaliśmy Rotę, albo innym razem piosenki „antyjaruzelskie”.  Oczywiście wydali rozkaz, że można tylko śpiewać piosenki ze śpiewnika. No to śpiewaliśmy „my ze spalonych wsi, my z głodujących miast” – to było w śpiewniku. Też wściekali się, gdy akcentowaliśmy „dziś zemsty nadszedł czas”.

   Staraliśmy się jak najczęściej pisać do GUK-u. Bali się tego jak ognia. Nie puszczali tych skarg poza obóz i starali się wszystko pozałatwiać, byle nie wyszło to na zewnątrz.

   A swoją droga, za co mogli, to ścigali. Andrzej „zorganizował” radio na niedziele i potajemnie słuchaliśmy w baraku Mszy św. Jakoś się dowiedzieli. Od razu próbowali wyłapać, co, kto, jak...

   Chwilami życie toczyło się spokojnie. Graliśmy w brydża. Czasem ktoś się załapał na nocną pracę w kuchni – następnego dnia był zwolniony ze służby. Ktoś wspomina, że Andrzej i Jerzy przygotowywali w dzień kanapki, jako posiłek regeneracyjny (bo potrafili). Potajemnie robiliśmy z dwuzłotówek krzyżyki z orłem w koronie, kartki z Czerwonego Boru, stemple z linoleum i inne pamiątki, które oczywiście podczas „kipiszów” starali się nam odebrać.

   Kiedyś wzięli śp. Waldka Dziurę do aresztu, do garnizonu. W nocy zamknął swoich strażników i uciekł do nas do obozu. Za jakiś czas przyszli z gotową do strzału bronią, żeby go zabrać. Wzięli go, ale ostatecznie rozeszło się po kościach. Może nie całkiem, bo puścili go z Czerwonego Boru 2 tygodnie później niż nas wszystkich, ale nie było jakichś poważniejszych represji.

   Nie z wszystkim było tak gładko. W rocznicę 11 listopada w Polsce zapowiedziany był strajk. Wiadomo, że nie można było zastrajkować w wojskowym obozie. Postanowiliśmy na znak solidarności ze strajkującymi, nie zjeść tego dnia obiadu. Prowadzili nas do stołówki. Na miejscu braliśmy obiad, siadali do stolika, wstawali i odnosili nieruszone jedzenie do okienka. Zorientowali się, co się dzieje. Zrobili śledztwo, ale większość przesłuchiwanych puścili wolno. Ludzie mówili, że nie smakowało im jedzenie. Zatrzymano cztery osoby (Zdzichu Bełczowski, Jerzy Las, Maciek Belina i Ryszard Kuczer) – wychwycili tych, którzy w ogóle nie podeszli do stolika. Zostali aresztowani i wywiezieni. Skutych po dwóch prowadzili ich do wojskowej prokuratury w Białymstoku. Mieli proces przed sądem wojskowym, pod zarzutem „że nie wykonali obowiązku wynikającego ze służby wojskowej odmawiając przyjęcia posiłku”. Bronił ich Olszewski, Siła-Nowicki. Zostali uniewinnieni. Po powrocie do obozu zwrócili się o urlop regeneracyjny. Lekarz w garnizonie zaopiniował ich prośbę pozytywnie. Mjr Braja podarł papiery, a następnego dnia tego lekarza w garnizonie już nie było.

   Spędziliśmy w obozie Święta Bożego Narodzenia. Już wieczorem wyszliśmy przed baraki śpiewając kolędy. Zgonili nas, grożąc represjami. Dostaliśmy na Wigilię do baraków jakieś rybki, serki topione z darów i susz do picia. W tamtym roku w pobliskiej wsi Wygoda, nie było Pasterki. Zakazali. Obawiali się, że pójdziemy na Pasterkę do wsi. Ostatecznie słuchaliśmy Pasterki przez radio w świetlicy. Jeden z poruczników, w czasie podniesienia, zaglądał przez okno, ale nie interweniował. Potem powiedział tylko, żeby to było ostatni raz.

   Po Pasterce znowu śpiewaliśmy przed barakami Legiony, Modlitwę AK i inne tego typu piosenki. Oczywiście zgonili nas strasząc represjami i bronią.

   W noc sylwestrową zdarzył się zabawny incydent. Ktoś powiesił w świetlicy nadmuchaną prezerwatywę z namalowaną podobizną Jaruzelskiego. Oczywiście w Nowy Rok było śledztwo, straszenie itd.

   W końcu wszystko dobiegło końca. Na początku nie wiadomo było jak długo będą nas tam trzymać. Dopiero pod koniec było jasne, że nie dłużej niż trzy miesiące.

   Przed wyjazdem przetrząsnęli nam bagaże. odwieźli nas autokarami do Zambrowa. Z Zambrowa pociągami do Warszawy i do domu. Część później, bo wróciła do Czerwonego Boru, żeby wykopać pochowane rzeczy (zapalniki i pamiątki). Potem jakimiś ciężarówkami dotarli do pociągu.

   Czerwony Bór jakoś nigdy nie mógł się przebić do ogólnospołecznej świadomości. Pod pretekstem, że to sprawy wojskowe, nie pozwalano ujrzeć mu światła dziennego. Na wszelki wypadek baraki rozebrano i teren zaorano, żeby nie pozostał żaden ślad, który w akcjach pacyfikacji podziemia Solidarności sytuowałby wojsko w równym szeregu z SB.

Opracował: Jerzy Kopeczek

Wspominali: Andrzej Barwiński, Zdzisław Bełczowski,

Zbigniew Gilarowski, Jerzy Hławaczek, Jerzy Kopeczek, Józef Kuraś.

 

Posiadane materiały dotyczące obozu w Czerwonym Borze jak i innych Wojskowych Obozów Specjalnych podlegają ciągłemu opracowywaniu. W miarę postępu prac będę je zamieszczał na tej stronie. Zapraszam więc do odwiedzania tej strony.

Leszek Jaranowski

 

wróć do początku

wróć do galerii